• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Dobry rok 2017?

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 1/2017

    dodane 05.01.2017 00:00

    Jest źle, będzie jeszcze gorzej. Do tego zazwyczaj sprowadzają się poprawne prognozy noworoczne dotyczące wydarzeń na świecie. Nasza prognoza poprawna nie będzie.

    Kto powiedział, że polityczne przepowiednie na nowy rok muszą być „przewidywalnie” pesymistyczne? Trzeba przyznać, że na co dzień sami ulegamy temu duchowi „dziejowej konieczności”. Spróbujmy jednak pójść pod prąd i zamiast tzw. publicystycznego realizmu stwórzmy „naiwną” listę marzeń 2017 roku. W Syrii zakończy się wojna, a Rosja z Turcją, Europą i USA wspólnie pomogą w odbudowie tego kraju. W samej Rosji Putin odda władzę, a nowy prezydent dokona resetu z Ukrainą, krajami bałtyckimi, Polską i resztą Zachodu. Do Nursji we Włoszech na miejsce odbudowywanej (po trzęsieniu ziemi) ze środków unijnych bazyliki św. Benedykta uda się pielgrzymka przywódców UE pod wodzą Angeli Merkel. Spotkają się tam z papieżem Franciszkiem, który na prośbę chadeków (przy cichej akceptacji socjalistów) zawierzy Europę wstawiennictwu jej patrona. Wielka Brytania nie rozpocznie negocjacji w sprawie Brexitu, a Kongres amerykański zniesie wizy dla Polaków. Chiny dogadają się z Wietnamem w sprawie spornych wysp, a Raul Castro na Kubie dokona „rewizji” socjalizmu... Dosyć? Dlaczego właściwie powyższy scenariusz wydaje nam się prawie nierealny?

    Optymizm racjonalny?

    Przez cały rok piszemy, jak na świecie jest. Najczęściej nie jest dobrze. Przynajmniej z perspektywy stosunków międzynarodowych i nawarstwiających się problemów społecznych i gospodarczych. Realne konflikty i rosnące napięcia, poczucie zagrożenia, wiszącego w powietrzu krachu, kolejnej wojny utwierdzają nas w przekonaniu, że wszystko to zmierza w jeszcze gorszym kierunku. Tym razem jednak, zamiast „racjonalnej prognozy”, chcemy sobie pozwolić na jeszcze bardziej ryzykowny krok: prognozę optymistyczną. Mówię, że to krok „jeszcze bardziej” ryzykowny, bo tzw. racjonalne, czyli najczęściej pesymistyczne, prognozy są również mocno ryzykowne. Przewidywanie jakiejkolwiek przyszłości (na poziomie publicystycznym) to zawsze jednak wróżenie z fusów. Wystarczy niespodziewany zamach w miejscu, w którym nikt „racjonalny” go nie przewidział (bo przewidzieć nie mógł); wystarczy nagłe załamanie w gospodarce kraju, po którym największe mądrale tego się nie spodziewały; wystarczy zaskakujący wybór opcji politycznej, której najlepiej opłacone sondaże nie wyniuchały w społeczeństwie – a przebieg wydarzeń na świecie przybiera obrót niepasujący do żadnej „racjonalnej” prognozy. Skoro jednak większość decyduje się na wróżenie w kierunku pesymistycznym, to my pozwalamy sobie na to samo, tyle że z przechyleniem umiarkowanie optymistycznym. Nie znaczy to, że nasz prognozowany scenariusz będzie zupełnie oderwany od rzeczywistości. Przeciwnie – podobnie jak w przypadku prognoz pesymistycznych punktem wyjścia będą jak najbardziej realne „warunki naturalne”.

    Na taką optymistyczną prognozę można spojrzeć również z innej, niepublicystycznej perspektywy – z perspektywy wiary. Z jednej strony bowiem dla chrześcijan nawet najbardziej tragiczny, po ludzku, przebieg wydarzeń jest zawsze zapowiedzią końca czasów (niezależnie, czy potrwa to jeszcze miesiąc, rok czy 2 miliony lat), więc ostatecznie jest zapowiedzią zwycięstwa dobra nad złem. Z drugiej jednak strony chrześcijanie modlą się przecież o pokój, ustanie wojen, nawrócenie własne i innych, także w wymiarze społecznym, politycznym. Jeden z biskupów zapytany niedawno, czy wierzy w rechrystianizację Europy w sytuacji, gdy – na oko – walka o rząd dusz toczy się tu raczej między ateizmem a radykalnym islamem, odpowiedział, że gdyby nie wierzył, już dawno zmieniłby powołanie. Bernard z Chartres w XII wieku powiedział, że jesteśmy karłami, które siedzą na barkach olbrzymów. A siedząc tak wysoko, widzimy więcej i dalej. Z takiej perspektywy optymistyczne prognozy na rok 2017 nie muszą być naiwnym koncertem życzeń. One po prostu uwzględniają jeszcze jeden czynnik, którego brak w prognozach pesymistycznych: siłę modlitwy.

    Oddech dla Syrii

    Rzucając na początku „listy marzeń” zakończenie wojny w Syrii, nie wiedzieliśmy jeszcze, że siły rządowe i tzw. umiarkowana opozycja właśnie podpisały porozumienie o zawieszeniu broni, którego gwarantami mają być Turcja i Rosja. To dobry punkt wyjścia. Wiadomo, że w naszej części świata marzylibyśmy raczej o tym, by gwarantami pokoju w Syrii były Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Te jednak od dawna tę wojnę przegrywały, żeby nie powiedzieć mocniej: najpierw wojnę pomogły rozkręcić (wspierając wszystkich, którzy walczą z „dyktatorem Asadem”), by następnie wykazać niemoc w zwalczaniu m.in. Państwa Islamskiego. Rosja umiejętnie tę niemoc wykorzystała, podejmując zdecydowane działania – niestety, przeginając w drugą stronę, tzn. nie licząc się z ofiarami, którymi byli niewinni cywile, czego najtragiczniejszym przykładem jest dramat Aleppo. Jeśli jednak na tych zgliszczach jest jakaś nadzieja – a porozumienie o zawieszeniu broni jest mimo wszystko światełkiem w tunelu – to warto się jej uczepić i nie puszczać. Grudniowe porozumienie zostało zawarte między siłami rządowymi a tzw. umiarkowaną opozycją, nie obejmuje zaś organizacji uznanych przez ONZ za terrorystyczne – w tym właśnie Państwa Islamskiego czy Dżabhat Fatah al-Szam (dawny Front al-Nusra). Oznacza to, że kolejne miesiące przyniosą jeszcze zacięte walki z nieskładającymi broni dżihadystami. Jest jednak realna szansa, że trwająca prawie 6 lat wojna zakończy się jeszcze w tym roku. O ile zawieszenie broni będzie naprawdę przestrzegane. Scenariusz umiarkowanie optymistyczny zakłada, że sami gwaranci tego porozumienia – Rosja i Turcja, które mimo obserwowanego od pół roku zbliżenia wspierały w tej wojnie dwie różne strony – rzeczywiście nie pozwolą na jego naruszenie. Nie ma wątpliwości, że i Ankara, i Moskwa, ale również biorący udział w negocjacjach Teheran chcą w Syrii ugrać swoje. Dla Rosji to przede wszystkim triumfalny powrót do gry na Bliskim Wschodzie, pokazanie zwłaszcza Stanom Zjednoczonym, że bez niej nie można na razie myśleć o żadnych układankach w tej części świata. Niezależnie jednak od skomplikowanej politycznej gry dla nas ważne jest co innego: realne zakończenie tej wojny dla dobra tych, którzy jeszcze żyją, i umożliwienie powrotu tym, którzy tylko na to czekają, w większości koczując w obozach dla uchodźców w Libanie i Turcji. Rok 2017 ma szansę być początkiem tego procesu. Rosja dopuści Zachód do fizycznej odbudowy i politycznego składania Syrii, oczywiście na swoich warunkach. Do końca roku zawieszenie broni zamieni się w traktat pokojowy, z podziałem terytorialnym Syrii na kilka stref wpływów.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół