• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Mam taką dużą rodzinę

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    Z bohaterów moich tekstów jestem dumna jak z własnych dzieci. Spotkania z nimi, zwłaszcza po jakimś czasie od publikacji, to najlepsza część dziennikarskiej roboty.

    24 października br. na zorganizowany przez katowicki KIK wieczór „Życie i śmierć w moich reportażach” przyjechało ich kilkunastu. Moja dziennikarska praca polega na podprowadzeniu rozmówcy do kawałka prawdy o sobie, którą zdradzi czytelnikom, ale i sobie samemu. Niejednokrotnie po zebraniu materiału stwierdzamy z kolegą fotoreporterem: „Ale to były rekolekcje”. – Nasza rozmowa dwa dni po pogrzebie mamy zatrzymała ją jak na fotografii i pomogła mi zrozumieć tajemnicę tej nagłej śmierci – opowiadała Magdalena Zabrzeska-Soja, której mamę Annę opisywałam. – Pan Bóg dał nam jakby więcej czasu na pożegnanie. Artykuł o niej był takim „non omnis moriar”. – Robisz z nas bohaterów – powiedziała żartem Anna Kudełka, która przyszła z mężem Marianem. Mają sześcioro dzieci i ośmioro wnucząt.

    – Teksty o nas pozwoliły zatrzymać się nad sobą, zobaczyć, co się dzieje w naszym małżeństwie. – Dzielenie się z ludźmi ma sens – powiedziała Maria Duńska, której obłożnie chory mąż niedawno zmarł. – Opiekując się nim, czasem czułam się jak ptaszek na uwięzi, ale kiedy się uśmiechał, to była radość. Cały czas opierałam się na Bogu i o tym chcę opowiadać innym – dodaje M. Duńska. Jan Pająk, właściciel małego zakładu pracy, przyznał, że po przeczytaniu mojego artykułu o wspólnocie byłych bezdomnych Betlejem w Jaworznie zaczął angażować się w jej życie. – 17 kwietnia tego roku minęło 13 lat – wyliczył. – W naszej trudnej wspólnocie te reportaże pełnią rolę porządkującą – powiedział ks. Mirek Tosza, szef Betlejem. – Przypominają, że nie mamy się zajmować akcjami, ale ludźmi. To, że ktoś znalazł się w artykule, nie daje gwarancji, że ułoży sobie życie. Część bohaterów żyje na ulicy, ale przypominając sobie teksty o nich, widzimy, że do ciemności nie należy ostatnie słowo – dodaje. Anię Płotek opisywałam, kiedy jeździła do Afryki jako wolontariuszka do pracy w wiosce dla dzieci chorych na AIDS. – Więcej dostałam od tych, którym pomagałam, niż im dałam – przyznała. Tak jest też z piszącymi reportaże – dostajemy od rozmówców siły, energię i pewność, że Bóg jest. A poza tym zyskujemy, jak w moim przypadku, niezastąpione przyjaźnie. – Bohaterowie tekstów w GN stanowią rodzinę – byli pewni zebrani. – Kim dla Was jestem? – zadałam pytanie. – Naszą siostrą – usłyszałam. A że jestem jedynaczką, bardzo mnie to cieszyło.

     

    «« | « | 1 | » | »»

    TAGI: KULTURA

    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół