• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Stany zapalne Ameryki

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 45/2016

    dodane 03.11.2016 00:00

    Po tych wyborach zawołanie „God bless America” stanie się koniecznym egzorcyzmem, a nie tylko powtarzanym rutynowo hasłem. Kampania wyborcza wyzwoliła w Amerykanach najgorsze emocje i podzieliła kraj jak nigdy dotąd. A świat postawiła przed wielkim znakiem zapytania.

    Gdy na ostatniej prostej kampanii aktor Robert de Niro w nagraniu wideo nazwał Donalda Trumpa „gnojkiem”, „matołem” i „świnią”, a następnie dodał, że chciałby go uderzyć w twarz, to właściwie nikt się tym specjalnie nie zgorszył. Przeciwnicy Trumpa uznali to za zasłużony odwet „lepszej Ameryki” na „Ameryce z rynsztoka”, z kolei sympatycy miliardera już dawno zaakceptowali podobny język u swojego kandydata, który nie takich inwektyw zwykł używać publicznie, przesuwając daleko granicę tolerancji. Mijająca kampania prezydencka przeorała Amerykę jak nigdy dotąd. Nie tylko ze względu na nowy ton dyskusji, który narzucił Trump. Również ze względu na brak alternatywy. Bo po drugiej stronie, po stronie „bardziej eleganckiej” Ameryki, jest bezideowa polityk, której jedyną ideą jest zostać pierwszą kobietą prezydentem USA i która przy okazji gotowa jest popsuć to, czego nie popsuł jeszcze Barack Obama. Dlatego w sytuacji wyboru między dżumą a cholerą, w klimacie uwolnienia nie tylko skrajnie negatywnych emocji, ale też możliwych strasznych dla Stanów i świata konsekwencji, tradycyjne wezwanie „Boże, błogosław Amerykę” staje się wyjątkowo potrzebną modlitwą.

    Przepływ elektoratów

    Politycznie i republikanie, i demokraci mieli w tej kampanii potężny problem. Pierwsi – bo kandydatem ich partii został człowiek zwalczany przez partyjny establish­ment. Drudzy – bo kandydatka, dość oczywista dla establish­mentu, miała wyjątkowo liczny negatywny elektorat wśród tradycyjnych wyborców Partii Demokratycznej. Sytuacja była i jest do tego stopnia kuriozalna, że spora część elit republikańskich zapowiedziała poparcie dla Clinton, uznając „nawet ją” za mniejsze zło, z kolei niemała część sympatyków demokratów w Trumpie zobaczyła idealnego przywódcę kraju. Efekt jest taki, że w mijającej kampanii praktycznie nieobecne były rzeczywiste wartości, o które dotąd jakaś część Amerykanów jednak walczyła. Nawet jeśli głoszący je dawniej kandydaci nie byli w tym specjalnie autentyczni, to jednak wiedzieli, że bez wypisania ich na swoim sztandarze nie mają szans na wygraną w wyborach. Donald Trump zrobił wyłom w tej zasadzie. I okazało się, że to działa. Bo już na starcie kampanii łamał wszelkie podręcznikowe reguły, które pozwalały dotąd zyskać przychylność wyborców, a mimo to, ku przerażeniu republikańskich liderów, zaczął zdobywać popularność w republikańskim elektoracie. Zaczął od tego, co dotąd gwarantowało porażkę: od obrażania kolejnych grup społecznych.

    Po tru(m)pach

    Na pierwszy ogień poszli imigranci. Już na starcie kampanii zapowiedział, że wszystkich nielegalnych należy deportować. Trzeba wiedzieć, że amerykańska gospodarka kręci się między innymi dzięki niepisanej umowie społecznej: wszyscy mówimy, że nie zgadzamy się na nielegalną imigrację, ale w praktyce zatrudniamy tę tanią siłę roboczą. Krótko mówiąc, Trump musiałby przekonać większość przedsiębiorców (łącznie z samym sobą, bo i on nielegalnych imigrantów zatrudnia), by wyrzucili znaczną część swojej załogi. Trump zatem uderzył nie tylko w imigrancki elektorat (spora część imigrantów przebywa jednak legalnie i ma prawa wyborcze, w tym urodzeni już w USA), ale też we właścicieli firm. Idźmy dalej: Trump, posiadacz majątku wartego ok. 4 mld dolarów, właściciel luksusowych wieżowców i kasyn, ostentacyjnie obnosił się ze swoim bogactwem. I to również wbrew zasadzie, że kandydat może być bogaty, ale nie powinien walić tym bogactwem po oczach. On tymczasem na pierwsze konferencje prasowe specjalnie przylatywał swoim helikopterem, lądując niemal pod nosami zebranych. Po trzecie: Trump przez sporą część kampanii zupełnie ignorował środowiska tzw. prawicy religijnej. Republikańskich pretendentów do nominacji na kandydata, a potem kandydata na prezydenta obowiązywały dotąd dwie żelazne zasady: trzeba było przynajmniej puścić oczko do mniejszości etnicznych i właśnie do religijnej prawicy. To znaczy obiecać coś, co od dekad stanowi najważniejsze postulaty dla tych środowisk (w przypadku konserwatystów to m.in. ograniczenie lub całkowity zakaz aborcji, odrzucenie legalizacji związków jednopłciowych, zwiększenie roli chrześcijaństwa w życiu publicznym itp.). A przynajmniej tak wyważyć obietnice – pamiętając również o bardziej liberalnym elektoracie – żeby pierwszym dać nadzieję, a drugich nie zrazić radykalizmem. Donald Trump jest pierwszym od dekad kandydatem republikanów, który nie tylko żadnego oczka do liderów prawicy religijnej nie puścił, ale wręcz celowo prowokował ich, głosząc poglądy otwarcie libertyńskie. Do dziś pastorzy ewangelikalnych wspólnot wypominają mu buńczuczne deklaracje w rodzaju „nigdy nie prosiłem Boga o wybaczenie” czy też „nawet gdybym zabił jedną osobę, to i tak nie stracę poparcia”. Trump nie mógł być również idealnym kandydatem dla obrońców życia, którzy zarzucali mu, że na pytanie o nienarodzonych nigdy nie odpowiadał jasno. Dopiero niedawno, jakby w reakcji na skrajnie proaborcyjne stanowisko Hillary Clinton, zaczął deklarować (m.in. podczas jednej z debat telewizyjnych), że nie miałby nic przeciwko zaostrzeniu prawa zezwalającego na aborcję.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół