• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Chęć życia jest tu potężna

    dodane 03.11.2016 00:00

    Darek Malejonek opowiada o podróży do Aleppo, która stała się pielgrzymką, i spotkaniu z Syryjką, która w czasie ŚDM opowiadała o męczeństwie syryjskich chrześcijan.

    Dawid Wildstein: Czemu pojechałeś do Syrii, do jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na ziemi?

    Darek Malejonek:Pojechałem jako wolontariusz Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu”. Chcieliśmy stworzyć konkretny kanał pomocy humanitarnej. Ale, może przede wszystkim, chcieliśmy zobaczyć, jak tam ludzie żyją, czego najbardziej potrzebują. Chcieliśmy ludziom doświadczonym przez wojnę pokazać, że nie są sami, że pamiętamy o nich. Wiesz, Dawid, oni tego strasznie potrzebują, mają wrażenie, że świat ich opuścił. Ale na miejscu okazało się, że ten wyjazd był dla mnie też swoistą pielgrzymką. Pielgrzymką do źródeł wiary, także tej mojej, osobistej. Byłem w miejscu, gdzie św. Paweł się nawrócił, byłem wzruszony, myślałem o tym, jak ja sam się nagle nawróciłem. W meczecie Umajjadów mogliśmy obejrzeć skrzynię, która wedle tradycji zawiera głowę św. Jana Chrzciciela. Spotkaliśmy także Myrnę, słynną stygmatyczkę syryjską. To był niesamowity, dla mnie eschatologiczny czas.

    Byłeś w Aleppo. Co najbardziej Cię tam uderzyło?

    W pamięci najbardziej utkwiły mi obrazy zniszczenia. Niekończące się ruiny, ciągnące się okopy, umacniane workami z piaskiem, osłonięte przez metalowe beczki. Stawiane są w rzędach, by ochronić ludzi przed pociskami i bombami. Ale wojna to nie tylko obrazy. Także nie do zapomnienia dźwięki. Pamiętam, że kiedy wracając z Syrii, trafiłem do Bejrutu, czegoś mi brakowało. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że dziwi mnie cisza. Brak wybuchów, wystrzałów, tej wojennej muzyki, która przez ostatnie dni wciąż mi towarzyszyła, była gdzieś w tle

    Było niebezpiecznie, prawda?

    Tak, miałem sytuacje, które określiłbym jako graniczne. Musiałem wracać z Aleppo sam. Reszta ekipy, czyli salezjanin ks. Roman Sikon (wcześniej misjonarz w Nepalu, obecnie na Sri Lance) i operator Michał Król zostali. Wyjeżdżałem z miasta taksówką. Ustalone było, że ze względów bezpieczeństwa, jadę tylko ja i kierowca. Nagle po minięciu kilkunastu wojskowych checkpointów samochód skręcił na bezdroża. Po chwili podjechało kolejne auto. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i, mimo wcześniejszych ustaleń, dołączyło do nas. Zaczęli się między sobą kłócić, byli agresywni. Nie mogłem się z nimi porozumieć, nikt nie mówił po angielsku. Przyznam, że przed oczami miałem już wizję utraty głowy bądź przebywania kilku miesięcy w jakimś bunkrze, czekając, aż wymienią mnie na innego zakładnika. Na szczęście obawy się nie sprawdziły, dojechaliśmy bezpiecznie do granicy libańskiej. Albo inna sytuacja. Aleppo wciąż umiera. Co jakiś czas kolejny budynek znika. W dniu mojego wyjazdu siostry karmelitanki znalazły w ogrodzie 3-metrową rakietę. Niewypał. Opatrzność nas chroniła.

    Wydałeś niedawno książkę „Urodzony, by się nie bać”. Nie bałeś się tam?

    Jasne, że się bałem, nie jestem idiotą. Kiedy w Damaszku dostaliśmy zgodę na wyjazd do Aleppo, z jednej strony odczułem radość, myślałem, że dotarcie do tego miasta będzie niemożliwe, ale też pojawił się strach – przecież jedziemy w strefę bezpośrednich działań wojennych. Żeby dotrzeć do Aleppo, musieliśmy przemierzyć całą zachodnią Syrię. Widoki były apokaliptyczne. Wciąż mijaliśmy wojskowe blokady i ruiny. Nagle zobaczyłem drogowskaz „Aleppo 30 km”. W tym samym momencie wjechaliśmy w okop, tak głęboki, że przypominał tunel. Dalej wciąż zupełnie zniszczone miejscowości, metalowe szkielety spalonych, rozsadzonych czołgów, armat, transporterów wojskowych. Samo Aleppo przypominało mi zdjęcia z Warszawy zniszczonej w 1944 r. przez Niemców. Całe osiedla obrócone w gruzy. Wszędzie ślady po bombardowaniach, no i te dźwięki wojny – ostrzał był bardzo blisko nas. To było mocne przeżycie.

    Jaka jest sytuacja na miejscu?

    Aleppo jest podzielone na dwie części. W jednej wciąż znajdują się rebelianci. Tam jest po prostu piekło. Nie można się dostać, ludzie żyją w podziemiach, w zniszczonych piwnicach. Głód i śmierć. Tam, gdzie byliśmy, na terenach kontrolowanych przez rząd, był przedsionek tego piekła. Może nie tak źle, ale ludzie ginęli codziennie. Tam nie ma prawie nikogo spoza Syrii. Zostało tylko kilku misjonarzy. Spotkałem jedną siostrę z Polski, franciszkankę s. Urszulę, jedną starszą Włoszkę, też franciszkankę, no i karmelitankę z Francji, jednego jezuitę, to wszystko. Salezjanie, u których byliśmy, ojciec Georg i o. Pierre, to Syryjczycy. Dlatego tak ważne było przyjechać tu, pokazać im, że pamiętamy o nich.

    Opowiedz o robocie, jaką wykonują tam ludzie Kościoła.

    Misjonarze dokonują tutaj heroicznych czynów, chociaż oni sami uważają to za normalne zachowania. Siostra Urszula wraz z jezuitami wydaje 10 tys. posiłków dziennie. Szefem kuchni jest prawdziwy masterchef. Wcześniej gotował w najlepszym hotelu w mieście (teraz zniszczonym). Prowadzi kuchnię dla 10 tys. osób i dba o to, by posiłki były smacznie. Z tego, co jest, wyczarowuje prawdziwe dania. Salezjanie, codziennie ryzykując życiem, opiekują się głównie dziećmi i młodzieżą, pomagają też całym rodzinom. Robią to bez żadnego patosu, jakby to było zupełnie naturalne w tych strasznych warunkach. Co dwa dni rozdają paczki żywnościowe paru tysiącom rodzin, także zapałki i świece, bo nie wszyscy mają tu prąd. Nawet jeśli gdzieś jest elektryczność (dzięki generatorom na ropę), to tylko przez kilka godzin dziennie. Nocą zapadają egipskie ciemności, rozświetlane tylko wybuchami i ogniem.

    Byłeś w oblężonej części miasta?

    Tam nie można się dostać. To niewyobrażalne, jak tam musi być. Mnie wystarczyło już to, że byłem po stronie kontrolowanej przez rząd. Ciągły ostrzał rakietami i moździerzami. Ryzyko jest ogromne. Na przykład w dzielnicy ormiańskiej jest tzw. aleja snajperów. Część mieszkańców musi nią przechodzić codziennie. Pewien ormiański prawnik, Madzyd, którego biuro znajduje się po drugiej stronie alei, każdego dnia przejeżdża ją dwukrotnie – jadąc do pracy i z powrotem. Codziennie żegna się z żoną, jakby mieli się więcej nie spotkać. Mówi, że każdego dnia widzi, jak na tej ulicy giną ludzie.

    Czemu tak ryzykuje?

    Bo musi chodzić do pracy, utrzymać rodzinę. I zachować jakieś resztki normalności, jak właśnie praca, by nie zwariować w tym świecie.

    Jakie piętno odciska wojna na zwykłych ludziach?

    Ci ludzie żyją już 5 lat w takiej wojennej traumie. Jedni się poddają, a inni, jak Rita Basmajian, która była na ŚDM w Krakowie, żyją dla innych. Spotkaliśmy ją. Pobyt na ŚDM dał jej totalnego kopa duchowego. Pomaga dzieciakom. Codziennie spotykają się w piwnicy koło kościoła ormiańskiego i tańczą, by nie zwariować. Rita jest wychowanką salezjańskiego oratorium i kiedy zaczęła się wojna, miała 15 lat. W tym świecie nie da się normalnie żyć, dlatego ci ludzie robią wszystko, by na chwilę chociaż zapomnieć o wojnie. Usiłują się bawić, chodzą do knajpek z kebabem, wciąż działa uniwersytet. Chęć życia jest tu potężna.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Stanisław_Miłosz
      07.11.2016 23:18
      Nie umiem dobrać słów by skomentować. Niestety zazwyczaj Gość w kioskach, empikach i podobnych miejscach sprzedarzy, upchnięty między innymi tygodnikami tak, że tylko nagłówek z nazwą widać. Tylko vivy podobny lekkostrawny chłam pokazywane są tak, że całą okładkę widać.
    • Gość
      08.11.2016 20:55
      Kościół jest tam obecny cały czas, Co ten Malejonek bredzi, że pojechał na misję zobaczyc? Polscy księża sa tam nie wtedy kiedy nikt nie strzeka ale wtedy kiedy nawet zagraża to ich zyciu. Pojechał sie promowac tak jak na Majdanie, w Afryce. Za własna kase tam pojechał? Co komu tam swojego dał? Celebryta lansujacy sie na patriotyźmie, wojnie i ludzkiej krzywdzie. Ohyda.
    • gut
      04.12.2016 20:48
      Ja pamiętam relację i rozmowę z Szanownym Panem Darkiem na kanale TVN24. :)
    • katolik
      06.12.2016 10:15
      Człowiek istnieć będzie zawsze, bo jest człowiekiem a nie zwierzęciem, jednak proporcje tego istnienia są bardzo nierówne, gdyż o całej wieczności decyduje kilka a najwyżej 120 lat życia na ziemi.
      Dawniej ludzie chcieli umierać jak najprędzej, żeby możliwie szybko dostać się do Nieba a dzisiaj chcieliby zbudować raj na ziemi. Po co?
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół