• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Brzytwa na gardle

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 33/2016

    dodane 11.08.2016 00:00

    – Wyniki badań opisują mnie jako „roślinkę”. Nie powinienem ruszać się i mówić. A zostałem uzdrowiony. Dzięki modlitwie Kościoła – opowiada znany ewangelizator ks. Michał Misiak. – Jezus pozwolił mi uczestniczyć w swej śmierci, lecz Jego rany pochłonęły moje.

    22 lipca: Ks. Michał Misiak wrzuca na Facebooka zdjęcie. Nurkuje w Morzu Czerwonym. Internauci komentują: „WOW!”; „Zachwycające”; „Zazdroszczę!”.

    25 lipca: Dostaję SMS z Pabianic: „Prosimy o modlitwę za ks. Michała. Walczy o życie”.

    30 lipca: Wpis ks. Michała na Facebooku: „W tym tygodniu miałem udar pnia mózgu. Po modlitwie Kościoła zostałem uzdrowiony. Jezus w swojej miłości pozwolił mi uczestniczyć chwilę w swej śmierci, lecz Jego rany pochłonęły moje. Dalej służę w mocy Jego zmartwychwstania. Kocham Cię, Przychodząca Miłości!”.

    Na ostrzu noża

    Łódź. Szpital im. Wojskowej Akademii Medycznej. Ks. Misiaka nie ma w sali. Znajdujemy go w kaplicy. Choć jest pacjentem, nosi sutannę.

    – Przez kilka dni byłem w Egipcie – zaczyna opowiadać. – Zostałem zaproszony przez znajomego. Chodziłem ścieżkami, które nie są przeznaczone dla turystów. Uwielbiam poznawać prawdę nie z folderów hotelowych, ale ze spotkań z miejscowymi ludźmi. Przedostatniego dnia wybrałem się do fryzjera, by od kuchni poznać gospodarzy, którzy przyjęli mnie na te kilka dni do swojego kraju. Poznałem 22-letniego Mohammeda Imama Ibrahima. Strzygł mnie i golił. Siedziałem na fotelu, a on opowiadał mi, że jest gorliwym muzułmaninem, że nosi przy sobie Koran, że ma wielodzietną rodzinę. W chwili gdy mnie golił i trzymał brzytwę na moim gardle, powiedziałem: „A ja jestem chrześcijaninem. Moim Panem jest Jezus”. Czułem takie przynaglenie, że mam to w tym momencie powiedzieć. Wypowiedziałem te słowa i nagle poczułem wielki pokój Boży i jedność z tym człowiekiem. Zobaczyłem, że nic mi z jego strony nie grozi. „Możesz zaprowadzić mnie do meczetu?” – zapytałem. Zgodził się. W meczecie nikogo nie prowokowałem. Nie patrzyłem tym ludziom w oczy (czułem, że tak mam się zachowywać), ukryłem szkaplerz. W czasie gdy mężczyźni zaczęli się modlić, ja wołałem w duchu o Boży pokój, o to, by ustały już walki, prosiłem Boga o pojednanie. To było dla mnie ważne doświadczenie. Wiem, że będzie we mnie pracowało.

    Następnego dnia wróciłem do Polski. 24 lipca w niedzielę wylądowałem w Katowicach. Jadąc do Pabianic, zahaczyłem po drodze o Piotrków Trybunalski. Trwał wieczór uwielbienia w ramach diecezjalnych obchodów ŚDM. Poszedłem do spowiedzi.

    Wróciłem do domu. Na plebanii znalazłem kopertę. Pozew sądowy, który wytoczyła rodzina produkująca dopalacze. Byłem na to przygotowany. Mój proboszcz i kuria wiedzieli, że prędzej czy później walka z producentami dopalaczy może skończyć się w sądzie. Czy się zdenerwowałem? Nie. Nawet nie chciało mi się czytać. „Poczytam po kolacji” – pomyślałem i zrobiłem herbatę. Zadzwoniła znajoma. Zacząłem jej opowiadać o Egipcie, gdy nagle zaczęło mi się kręcić w głowie. Mocniej i mocniej. Moje ciało zaczęło ciążyć na lewą stronę. Usiadłem. Coś stało się z moim głosem. Zacząłem skrzeczeć. „Ale kołowrotek mam w głowie!” – powiedziałem do słuchawki. „Nie mogę przełknąć śliny”. Znajoma powiedziała: „Dzwoń po pogotowie!”.

    Było już późno. Zadzwoniłem po karetkę. Obudziłem drugiego wikarego: „Janusz, przyjdź. Źle się czuję!”. Gdy przyszedł, lewą stronę ciała miałem już sparaliżowaną. Opadła mi powieka, usta zastygły. Ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Byłem przytomny. Czy wpadłem w panikę? Nie. Miałem cały czas pokój w sercu: „Boże, wyspowiadałem się. Jestem gotowy na wszystko”.

    Przyjechała karetka. Pielęgniarz popatrzył mi w oczy, przestraszył się i rzucił: „Natychmiast do szpitala”. Pojechaliśmy na sygnale do Pabianic. W szpitalu nie mogłem już rozmawiać. Tomograf wykazał udar pnia mózgu.

    Na śmierć
i życie

    Po dwóch dniach załatwiono mi miejsce w szpitalu wojskowym w Łodzi. Lekarz w Pabianicach powiedział mojej mamie: „Robicie to na odpowiedzialność rodziny. Przewiezienie pacjenta grozi śmiercią”. Mama rozpłakała się. Po rozmowie ze mną zdecydowała: „Jedziemy do Łodzi”.

    Usłyszałem: „Udar w pniu mózgu może być śmiertelny”. Dotknął miejsca odpowiedzialnego za oddychanie i akcję serca. W każdym momencie mogę przestać oddychać, może przestać bić serce.

    Nie wpadłem w panikę. Powtarzałem: „Jezu, ufam Tobie”. Rezonans pokazywał, że jestem roślinką, a ja czułem się coraz lepiej. Gdy lekarz zobaczył, że zacząłem mówić i wstałem z łóżka, zapytał pielęgniarkę, czy podała mu właściwe wyniki. Czułem, że modli się za mnie Kościół. Młodzi na ŚDM opowiadali, że na środku ulicy Piotrkowskiej modlili się za mnie z Ukraińcami, znajomi, którzy nie odzywali się od lat, pisali, że pamiętają w modlitwie. Odwiedziło mnie siedmiu księży i jeden pastor. Każdy modlił się nade mną i błogosławił mnie. Byłem poruszony tym, że mój Kościół otoczył mnie opieką. Jestem pewien, że zostałem uzdrowiony dzięki modlitwie Kościoła. Gdy po trzech dniach przyszedł fizjoterapeuta, by wziąć mnie na rehabilitację, zerknął na wyniki badań. Powiedział: „Nie będę z nim nigdzie wychodził. Z takimi wynikami nie można zacząć rehabilitacji”. Przyszedł lekarz, a ja przy nim wstałem i zacząłem chodzić.

    Czuję ogromną wdzięczność. Bóg dał mi kolejną szansę. Dokładnie dziesięć lat temu dostałem już od Niego taki prezent. Spadłem wtedy z Gerlacha. Śmigłowiec, szpital. Przeżyłem cudem. Teraz dostałem kolejne „pięć minut”.

    Nie mogłem pojechać na ŚDM, a mam po spotkaniu w Krakowie więcej pamiątek niż ktokolwiek inny. Ornat z Mszy z papieżem, patenę, mnóstwo gadżetów. W szpitalu dużo myślałem o ludziach, którzy mnie odwiedzali. Rodzice, rodzeństwo, chrzestni. Dostałem różaniec od Brazylijczyków z Aparecidy. A ja kończę pisanie doktoratu z teologii pastoralnej właśnie na podstawie dokumentu z Aparecidy! Nawiasem mówiąc, mój promotor z UKSW dowiedział się od znajomego lekarza, w jakim jestem stanie, i przełożył obronę o rok.

    Uzdrowienie 
w Jego ranach

    W ranach Chrystusa jest nasze uzdrowienie. Rozważałem na różańcu tajemnice biczowania, koronowania cierniem, śmierci i czułem się coraz silniejszy. Im mocnej wchodziłem w Jego mękę, tym bezpieczniej się czułem.

    To był czas walki duchowej. Obecny był ciągle wątek dopalaczy. Pozew sądowy, telefony od ludzi, którzy modlili się ze mną przed sklepikami.

    Miesiąc temu zadzwoniła do mnie Kaja. Dziewczyna uzależniona od dopalaczy. Powiedziała, że jest w ciąży z chłopakiem, który był również uzależniony. „Chcemy skończyć z dopalaczami!” Umówiłem się z nią na wieczór. Nie przyszła. O pierwszej w nocy napisała: „Poszliśmy po dopalacze. Po tej działce mój chłopak wyskoczył z okna i popełnił samobójstwo”. Przez miesiąc nieustannie z nią pisałem. Nie mogła zdecydować się na spowiedź. Cały czas brała dopalacze. Dwa tygodnie temu trafiła do szpitala. Straciła dziecko. W środę, gdy wylądowałem już w szpitalu, dostałem SMS: „Papież Franciszek trafia do serca. Nie chcę umierać. Będę mogła się wyspowiadać, jak już ksiądz dojdzie do siebie?”. „Z radością przyjmę twoją spowiedź” – odpisałem w czwartek. W piątek już nie żyła. Przedawkowała. Zadzwoniła do mnie jej zdruzgotana mama. Dziś będę odprawiał za Kaję Mszę. Opowiadam o tym, by pokazać, jaka duchowa walka toczy się o młodych.

    Wychodzę z tego szpitalnego doświadczenia silniejszy. Jeszcze bardziej ufny w Boże miłosierdzie, w Jego plany. Wiecie, co zrobili ludzie ze wspólnoty, w której posługuję? Pozbierali pieniądze, pojechali do sklepu i zrobili moim najbliższym potężne zakupy, by nie musieli się już martwić o pustą lodówkę. To się nazywa wspólnota Kościoła!

    Nowe pięć minut

    28 lipca. Wpis ks. Michała na Facebooku: „Wydaje się nam, że mamy czas. A czas jest nam tylko dany. Wydaje się nam, że możemy zrobić wszystko. A robimy tylko tyle, ile mieści się w granicy łaski Bożej. Często robimy mało, bo nie wiemy, że granice te obejmują cuda. Ja dziś na nowo oddaję życie Jezusowi. Chcę miłością wypełnić dane mi 5 minut. Chcę żyć cudami jak teraz, gdy wyniki badań opisują mnie jako »roślinkę«, a ja chodzę, wznoszę ręce do mojego Pana, jestem szczęśliwy i zdrowy”.

    2 sierpnia. Zapada wieczór. Wychodzimy z oddziału neurologii. „A ksiądz co tu robi?” – zaczepia ks. Michała pacjentka. „Leżę na oddziale. Jak pani”. „Mogę się wyspowiadać? Tu, na korytarzu?” „Oczywiście”.

    3 sierpnia. SMS od ks. Michała: „Spowiadam się raz w tygodniu. Leżąc w szpitalu, pomyślałem: »dziś mija 8 dni«. Mój spowiednik to starszy kapłan, który nie ma samochodu, więc nawet nie śmiałem prosić go, by przyjechał. Bóg to usłyszał. Po obiedzie spotkałem na korytarzu mojego spowiednika. Zajmij się marzeniami Boga, wtedy On zacznie spełniać Twoje”.

    4 sierpnia. SMS od ks. Michała: „Trzymałem już wypis w ręku, a jeszcze Bóg zatrzymał mnie na pół godziny w kaplicy. Wszedł chory. Poprosił o spowiedź. Po kolejnych 30 minutach Bóg dał temu człowiekowi nowe życie. Rozgrzeszałem już zdrową ręką”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół