• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Tajemnica pełnej skarbonki

    Joanna Jureczko-Wilk

    |

    GN 25/2016

    dodane 16.06.2016 00:00

    Nie tylko języki, sport czy dobre oceny na świadectwie. O edukację finansową dziecka warto zadbać, zanim – już jako dorosły – będzie się starać o kredyt mieszkaniowy.

    Nie mam pieniędzy, nie stać nas, za drogie – mówią rodzice (zgodnie z prawdą lub też nie) w odpowiedzi na dziecięce błagania: „Kup mi ”. I na tym często kończy się lekcja ekonomii, która najczęściej ma miejsce przy sklepowych półkach, chociaż aż prosi się o jej kontynuację. Bo te natarczywe i naiwne prośby mogą być doskonałym pretekstem do nauki świadomego kupowania, gospodarowania domowym budżetem i własnymi finansami, a także do poznania praw rynku. Szkoda takie okazje zmarnować.

    Edukacja głównie domowa

    Już ponad 2 mln Polaków ma problemy z terminowym płaceniem należności. I jak wynika z marcowego Indeksu Zaległych Płatności Polaków, liczba dłużników rośnie. Trzem czwartym z nich doskwierają nie bankowe kredyty, ale drobne zobowiązania: pożyczki pozabankowe, alimenty, rachunki za mieszkanie. A to znaczy, że – pomijając przypadki losowe czy nagłą utratę pracy – spora część Polaków po prostu ma problemy z planowaniem domowego budżetu i racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi. Puszczają tę dziedzinę życia na żywioł i prędzej czy później osiadają na mieliźnie długu, na którego spłacenie już brakuje pomysłu. Warto więc najpierw samemu przerobić zaległe lekcje, a potem dopiero usiąść nad nimi z dziećmi.

    A że przysiąść trzeba, nie ma najmniejszych wątpliwości, bo w obecnym systemie szkolnictwa podstaw przedsiębiorczości uczy się dopiero w szkołach ponadgimnazjalnych. – To za późno. Im wcześniej zaczniemy zapoznawać dziecko z nominałami, wartością pieniędzy, sposobami oszczędzania, kształtować w nich postawy konsumenckie, tym potem łatwiej będzie mu poruszać się w świecie finansów – mówi Marietta Sińczuk z Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości, która jest jedną z organizacji próbujących zapełnić lukę w ekonomicznej edukacji dzieci.

    W jej programach, przygotowanych we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim, wzięło już udział ponad 6,5 mln uczniów: od pierwszych klas podstawówki po liceum. Początek projektu to „Od grosika do złotówki”, a koniec – nauka zarządzania firmą i stworzenie młodzieżowego miniprzedsiębiorstwa. Jak ocenia Mariola Rychlik, opiekun tego przedsięwzięcia w II Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego w Tomaszowie Mazowieckim, jest to projekt, który „pozwala poznać prowadzenie biznesu w praktyce i stać się świadomym zagrożeń wynikających z samozatrudnienia”.

    W edukacji finansowej nie zawsze można liczyć na inicjatywę nauczycieli i szkół. Tym bardziej że życie domowe i rodzinne przynosi dużo więcej okazji do praktycznej nauki finansów. Ale kiedy i od czego ją zacząć?

    Uwaga, konkurs!

    Przeczytaj uważnie tekst z cyklu „Domowa ekonomia”, rozwiąż krzyżówkę, znajdującą się na ostatniej stronie dodatku telewizyjnego, i odczytaj hasło utworzone z ponumerowanych liter. Nagrody czekają!

    Tato, ile zarabiasz?

    Pytanie dla wielu rodziców mocno kłopotliwe, dlatego szybko ucinają: „Nie twoja sprawa”. Kiedy jeden z odważnych ojców wyjawił dziecku kwotę zarobków, to aż jęknęło z zachwytu. Ale rodzic pociągnął wątek. Najbliższą pensję w całości wypłacił z konta i rozłożył na stole przed zachwyconym ośmiolatkiem. Potem stos banknotów stopniowo topniał: na czynsz, ratę kredytu, opłatę za przedszkole młodszego brata, szkółkę piłkarską, telefony komórkowe, internet i telewizję, zakup benzyny i ubezpieczenie samochodu Ojciec z synem myśleli też o zbliżających się wakacjach, ale doszli do wniosku, że na wyjazd do podparyskiego Disneylandu pieniędzy im nie wystarczy, bo na taki wydatek trzeba długo oszczędzać. Stanęło więc na wypadzie pod namiot nad mazurskie jeziora. W ten bardzo obrazowy sposób ośmiolatek dowiedział się, na co rodzina przeznacza pieniądze i że wszystkie wydatki warto wcześniej zaplanować, żeby w połowie miesiąca stos banknotów nagle się nie skończył.

    Już przedszkolakom można wyjaśnić, że pieniędzy nie wyjmuje się ot tak, z bankomatu w ścianie, ponieważ zanim tam trafią, muszą przebyć długą drogę i trzeba na nie zapracować. Że przyjemnie jest kupować sobie różne rzeczy, ale nie wszystkie są nam potrzebne. To bardzo trudna lekcja w świecie wszechobecnych reklam, marek i promocji, gdzie nawet tak powszechne produkty jak jogurty, serki, płatki śniadaniowe czy piórniki i zeszyty sprzedają się dzięki podobiznom ulubionych bohaterów bajek.

    Wspólne zakupy mogą być prawdziwą lekcją ekonomii, pod warunkiem że sami rodzice nie dadzą się ponieść fali okazji i promocji. Przed wyprawą do sklepu warto z dzieckiem porozmawiać i zrobić listę potrzebnych produktów, a w sklepie ściśle się jej trzymać. Zanim włożymy produkt do koszyka, pokażmy, jak sprawdzić jego skład (wybieramy te zdrowsze) i wagę, bo serek za złotówkę w rzeczywistości może być – w przeliczeniu na tę samą ilość towaru – droższy od serka za dwa złote, ale w większym opakowaniu. Wyczulmy na handlowe pułapki: promocje, przeceny, kuszące batony przy kasach, produkty ułożone na półkach na wysokości wzroku, droższe od tych, po które musimy się schylić. Zwróćmy uwagę na to, że towar może mieć różne ceny w różnych sklepach. Uczmy rozsądnego kupowania: nieulegania zachciankom, okazjom, modom i reklamom!

    Kieszonkowe – drażliwy temat

    Kieszonkowe dla dzieci i młodzieży jest wspaniałym poligonem doświadczalnym, po który regularnie sięga prawie jedna trzecia rodziców (badanie Ipsos). Drugie tyle wspiera finansowo pociechy od czasu do czasu. Kieszonkowe sprawdza się pod warunkiem, że sponsorzy mądrze z niego korzystają. Tymczasem aż 13 proc. rodziców nagradza finansowo dzieci za dobre stopnie w szkole. Płacenie dzieciom za szóstki, dobre zachowanie albo prace domowe uczy je, że za wszystko, co robią, należy się gratyfikacja. A przecież mają zdobywać wiedzę dla własnej satysfakcji, natomiast dbanie o porządek należy do obowiązków wszystkich domowników.

    Aby kieszonkowe „zadziałało”, należy wyraźnie powiedzieć, za co będzie przyznawane, w jakiej wysokości i kiedy. Można na przykład ustalić, że będzie wypłacane wtedy, gdy dziecko spełni domowe obowiązki (ustalić dokładnie jakie, w stosunku do wieku), bo przecież rodzice też nie dostają pieniędzy tylko dlatego, że akurat jest poniedziałek. Gdy notorycznie będzie zapominało o posprzątaniu pokoju, posłaniu łóżka czy wyjściu z psem na spacer, można kieszonkowe obciąć albo wstrzymać. Wysokość wypłacanych dziecku pieniędzy nie ma większego znaczenia, ani też to, czy dostaje je raz w miesiącu, czy co tydzień. Młodszym pociechom łatwiej jest gospodarować mniejszymi kwotami otrzymywanymi co tydzień. Trzeba też z góry ustalić, co dzieci kupują z własnego portfela, a za co płacą rodzice.

    – Jestem przeciwna dawaniu kieszonkowego tylko na „własne przyjemności”: słodycze, gierki i gazetki Nasze dzieci dostają miesięcznie po 300–500 zł. To dużo, ale z tych pieniędzy muszą opłacić sobie bilety miesięczne, dodatkowe lekcje języka obcego i telefony komórkowe. Zachęcamy je też do przeznaczenia 10 proc. na pomoc innym lub na cele kościelne. W ten sposób uczą się planowania i wydawania pieniędzy na sprawy konieczne, pożyteczne i dobre – mówi Małgorzata Nowicka, mama studentki i gimnazjalisty, która wraz z mężem wydała książkę „Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów”.

    Młodszym brzdącom można pomóc w planowaniu ich budżetu, stawiając trzy słoje z napisami „wydatki”, „oszczędności”, „dla innych”. Warto też porozmawiać o tym, że na większe zakupy będą musiały zaoszczędzić, ale w nagrodę na przykład dołożymy im do uzbieranej kwoty drugie tyle. I na tym nasza rola powinna się zakończyć. Trzymajmy się ustalonych zasad, chociażby nasz rodzicielski rozsądek mówił coś innego. Jeśli dziecko pierwszego dnia wyda całe kieszonkowe na słodycze, konsekwentnie nie poddawajmy się późniejszym błaganiom o „pożyczkę”. Jeśli będzie chciało kupić za oszczędności dwudziestego pluszaka, bo akurat zachwycił go w sklepie, lub inną równie „potrzebną” rzecz, zachowajmy zimną krew i nie krytykujmy decyzji. Co najwyżej po czasie możemy spytać, czy nadal uważa, że warto było wydać na tę zabawkę swoje oszczędności.

    Trzynastolatkowie mogą już założyć własne konto bankowe, którym będą mogli zarządzać przez internet. Nauczą się również posługiwać kartą płatniczą. Gimnazjaliści i licealiści to także aktywni klienci sklepów internetowych. Zanim jednak wpuścimy ich na wirtualny rynek, konieczna jest rozmowa o zachowaniu bezpieczeństwa w sieci: każdorazowym sprawdzaniu, czy połączenia z bankiem są bezpieczne, nieujawnianiu innym PIN-ów i haseł, zachowaniu poufności danych, korzystaniu tylko ze sprawdzonych sklepów internetowych i o byciu czujnym na ewentualne próby wyłudzania informacji i fałszowania stron internetowych.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»

    oceń artykuł

    Twoje bezpieczne finanse

    Domowa ekonomia

    przewiń w dół