• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jakiej szkoły potrzebujemy?

    Paweł Milcarek


    |

    GN 07/2016

    dodane 11.02.2016 00:15

    Minister edukacji otworzyła ogólnonarodową debatę na temat reformy edukacji. Zaostrza to apetyty 
na prawdziwie dobrą zmianę w szkole. 


    Każdy poważniejszy ruch w tej przestrzeni zderzy się z niesterownością systemu, brakami w infrastrukturze, a przede wszystkim z nieprawdopodobnie trwałymi nawykami ludzi. Potrzeba więc będzie ogromnej determinacji i czasu. Jednak zanim popadniemy w przekonanie o niemożliwości, może warto zastanowić się bez żadnych ograniczeń, jakiej szkoły naprawdę potrzebujemy. Spróbuję w dziesięciu punktach zebrać to, co, jak sądzę, jest nie tylko moim, rodzica i nauczyciela, prywatnym pragnieniem.


    Szkoła z misją


    Po pierwsze – potrzebujemy szkoły pewnej swej misji i suwerennej w swym działaniu. Począwszy od programu, a skończywszy na codzienności zarządzania szkołą, oświata powinna być jakby czymś „eksterytorialnym” wobec żarłocznych apetytów różnych grup interesu.

    Minister, kurator, a przede wszystkim dyrektor oraz nauczyciel powinni mieć i dawać innym uzasadnioną pewność, że szkoła nie jest żerowiskiem dla żadnego lobby ideologicznego, które chce „wytwarzać nowego człowieka”, oraz że oświaty nie podporządkowuje się potrzebom sprzedawców różnych usług lub zamówieniom z rynku pracy. Musi być jasne, że szkoła pomoże każdemu rozwinąć się w jego ludzkich zdolnościach, a nie, że będzie pasem produkcyjnym wypuszczającym w świat rekrutów dla różnych instytucji.
Po drugie – potrzebujemy szkoły, która szanuje to, że prawo do wychowania należy z natury i najpierw do rodziców, więc to oni decydują, w jaki sposób chcą w tym współpracować ze szkołą: posyłając dziecko do szkoły lub edukując je w domu.
Po trzecie – potrzebujemy szkoły, w której w programie nic nie jest przypadkowe, obecne z powodu osobistej pasji autorów lub z powodu kompromisu między sprzecznymi pomysłami. Potrzebujemy więc zasady programowej przyjętej świadomie i konsekwentnie, z której wyniknie dobór przedmiotów, metody, treści, działań wychowawczych. Ta zasada powinna wynikać bardziej z tego, kim jest człowiek, z tego, co wiemy o stałych potrzebach jego ludzkiego rozwoju, niż z tego, na jakiego człowieka „jest obecnie zapotrzebowanie”. 
Może powinniśmy obrócić wzrok ku tej klasycznej edukacji, która stworzyła naszą cywilizację? Ogólny schemat edukacji wypracowany przez starożytnych Greków trwał w Europie przynajmniej do końca średniowiecza, a raczej do XVIII wieku. Jego słabą stroną było niewielkie zainteresowanie naukami przyrodniczymi – i między innymi dlatego został zanegowany w czasach naszej Komisji Edukacji Narodowej. Dzisiaj widzimy, że „wylano dziecko z kąpielą”, ponieważ klasyczna edukacja europejska miała równocześnie prosty schemat i dużą plastyczność. „Siedem sztuk”, których uczono przez wieki w każdej szkole, było nie tyle jakimś zasobem wiadomości, ile ćwiczeniami w sprawnym posługiwaniu się słowem i liczbą, tak aby pomogło to w zrozumieniu i opisaniu rzeczywistości. Od starożytnych i ich „sztuk” powinniśmy się dzisiaj na nowo nauczyć, dlaczego tak ważne dla młodych umysłów są i gramatyka, i retoryka, i elementarna logika, i matematyka w stylu Euklidesa, i muzyka traktowana jako szkoła harmonii. Nazwy tych przedmiotów są nam znane, ale dawno wyrzucono za burtę to, co w nich jest najwartościowsze. Zostały nędzne szczątki. Nowoczesna szkoła powinna umieć nawiązać do tego, co odrzucono zbyt lekkomyślnie.


    I wiedza, i umiejętności


    Po czwarte – potrzebujemy szkoły, która wyjdzie nareszcie zwycięsko z błędnej alternatywy „wiedza czy umiejętności?”. Wiemy już, że oświeceniowy i pozytywistyczny pomysł na szkołę, która wlewa młodym ludziom do głowy hektolitry wiedzy encyklopedycznej, jest ślepą uliczką. Ale wiemy również, że uzyskiwanie umiejętności bez solidnej wiedzy jest utopią: nasze obecne reformy na pewno odchudziły programy, ale skończyło się na tresowaniu uczniów w bezrozumnym wypełnianiu testów i stosowaniu „klucza” – właściwie bez potrzeby zrozumienia, o co chodzi. Potrzeba więc wiedzy, ale głównie jako materiału, na którym ćwiczy się rozumienie rzeczywistości, trzymanie się faktów, chęć poznania, „jak jest naprawdę”. Wtedy ilość wiedzy nie musi być ogromna, ale za to jej przyswojenie nie polega na mechanicznym łączeniu gotowego pytania z gotową odpowiedzią.
Po piąte – potrzebujemy szkoły, która chce pozostać ogólnokształcąca. Trzeba bowiem powiedzieć wprost: obecnie nie mamy już np. prawdziwych liceów ogólnokształcących. Obowiązujące przepisy doprowadziły do skrajnego sprofilowania edukacji ucznia, ale proces wczesnej specjalizacji trwał od dawna. Dzisiaj wygląda to tak, jakby licea były zindywidualizowanymi kursami przygotowawczymi do matury, a matura – paszportem na określone studia. W konsekwencji w tym ogromnie ciekawym i chłonnym, twórczym okresie licealnym nie ma już miejsca na dojrzewanie w kontakcie z różnymi ważnymi dziedzinami wiedzy, lecz już czuje się dyktat „preorientacji zawodowej” i związane z nim szybkie zawężenie horyzontów. Z tym trzeba skończyć zdecydowanie, ale uderzając także w mity, w których sami wyrastaliśmy: że „humaniści” mogą jedynie udawać, iż uczą się przedmiotów ścisłych, a „ściślacy” – że nie muszą być dobrzy z polskiego i historii. 
Jeśli interesuje nas rozwój człowieka, nie powinniśmy zgadzać się na skłonność do bycia kaleką – i przyzwalać systemowo na to, by skoro ktoś nauczył się skakać na jednej nodze, to nie skłaniać go do tego, żeby spróbował chodzić na obu. Na każdym etapie zasadniczej weryfikacji wyników nauczania – z ukoronowaniem w postaci matury – musi obowiązywać zasada wymagania równomiernego postępu w obu „półkulach” przedmiotowych.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • Gość
      16.03.2016 08:58
      Podobno na debatę przyjechało mnóstwo specjalistów, a Pani minister przywitała się i zaraz wyszła. Nikt z Ministerstwa Edukacji nie był zainteresowany.
      GN coś słyszał?
    • Marcin
      16.03.2016 10:22
      Panie Pawle, Pan również jest przedstawicielem pewnej grupy interesów - to raz. A dwa: wywodzenie znaczenia słowa klasyka od klas razi niekompetencją. Wystarczy wziąć do ręki słownik etymologiczny i nie mieszać ludziom w głowach.
    • Ryba
      19.03.2016 14:23
      Trochę przeraża mnie to zapatrzenie w przeszłość i nie do końca uzasadniona absolutna negacja dzisiejszej polskiej szkoły. Oczywiste jest, że młody człowiek potrzebuje zakorzenienia w tradycji i kulturze. Tyle tylko, że kształcenie i wychowanie do wartości wymaga dzisiaj solidnej wiedzy o świecie materialnym. Trochę zbyt lekko przechodzi Pan nad brakami dawnego, klasycznego nauczania w odniesieniu do nauk przyrodniczych. Poza tym wiedza ludzi o świecie jest dzisiaj nieporównanie rozleglejsza niż kiedyś.

      To czy uczymy logiki na gramatyce, matematyce czy informatyce jest rzeczą wtórną do samego celu. Wybieramy tę materię, która jest bliższa danemu pokoleniu.

      Nie wolne też zapominać, że dzisiejszy uczeń będzie żył jako dorosły świecie kompletnie innym niż dzisiejszy i tym trzeba przede wszystkim się martwić i o tym myśleć.

      Wreszcie zachowanie równowagi w edukacji - w różnych wymienionych aspektach - wymaga rozstrzygnięcia na jakim etapie tej edukacji zaczniemy jednak specjalizację.

      Na koniec - pisze Pan o autonomii szkoły i słusznie, ale pierwszym krokiem jest dać czas i przestrzeń do wypracowania i wdrożenia owych autonomicznych idei. Kolejne trzęsienie ziemi (czyli kolejna gruntowna reforma, która to już w ciągu ostatnich kilkunastu lat?) nie ułatwi tego. Co prawda nie wlewa się nowego wina do starych bukłaków, ale same na razie puste naczynia mogą nie wystarczyć. Sprawa jest niełatwa...
    • blumchen276
      20.03.2016 11:29
      Mało osób wspomina o tym, że szkoła programy, szkolenia, warsztaty podporządkowane są sprzedawcom usług -za to ogromny plus.

      Należy również popracować nad oceną szkolną i jej ogromnym subiektywizmem.
      Pracuję z uczniami z różnych szkół i niektórzy z oceną dobrą nie potrafią poprawnie powiedzieć jednego zdania w języku obcym, inni mają trójkę i rozwiązują całkiem poprawnie w piątej klasie testy maturalne na poziomie podstawowym. A więc o czym mówią ich oceny??
      Niektórzy nauczyciele oceniają prawie tylko testy, kartkówki, sprawdziany inni prace domowe i projekty, w których "dzielnie pomagają" rodzice i korepetytorzy.
      Po trzech latach nauki drugiego języka w podstawówce w gimnazjum rozpoczyna się od podstaw...
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół