• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Burza światła

    Tomasz Rożek

    dodane 02.11.2015 20:35

    Podobno we wtorek widoczna ma być na polskim niebie zorza polarna. O ile nie będzie chmur. 156 lat temu miała miejsce największa opisana burza geomagnetyczna. Gdyby zdarzyła się dzisiaj, zamilkłyby telefony, radia i stacje telewizyjne. Najpewniej uszkodzona zostałaby także infrastruktura energetyczna.

    Dokładnie 1 września 1859 roku na Słońcu zdarzył się potężny wybuch. Materia słoneczna została wyrzucona w przestrzeń z prędkością dochodzącą nawet do 900 km na sekundę. Wybuchy na Słońcu to nic niezwykłego, ale ten był wyjątkowo silny. Co ciekawe, nasza dzienna gwiazda wcale nie była wtedy w fazie swojej największej aktywności.

    Tymczasem na Ziemi rozpętała się burza światła. Dzień po wybuchu na Słońcu wyrzucona z jego powierzchni materia dotarła do Ziemi. Naładowane elektrycznie cząstki w zderzeniu z naszą atmosferą, a właściwie hamowane przez ziemskie pole magnetyczne, były źródłem jednej z największych kiedykolwiek rejestrowanych zórz polarnych. W 1859 roku nie było telefonów komórkowych, telewizorów ani odbiorników radiowych. Gdyby były, na pewno by zamilkły. Straty byłyby ogromne. Do listy strat trzeba doliczyć stacje transformatorowe i całą flotyllę satelitów. Nie tylko tych naukowych, ale także komercyjnych. Szacuje się, że dzisiaj straty spowodowane burzą porównywalnej wielkości wyniosłyby około 2 trylionów dolarów. Trylion to miliard miliardów. Wtedy, w połowie XIX wieku, zaburzona została jedynie raczkująca wtedy łączność telegraficzna. Pierwszy telegraf elektryczny zbudowano 22 lata wcześniej, w 1837 roku. Dzisiaj burza sparaliżowałaby życie. Trudno je sobie wyobrazić bez elektronicznej komunikacji, prądu czy choćby GPS. Wtedy w zasadzie nikomu nie utrudniła życia. Mocno je za to urozmaiciła.

    Na wysokości od 100 do 400 km nad naszymi głowami naładowane elektrycznie cząstki pochodzące ze Słońca (elektrony i protony) są przechwytywane przez ziemskie pole magnetyczne. Zaczynają się poruszać wzdłuż jego linii. Te zagęszczają się w okolicach biegunów i tam cząstki wiatru słonecznego zderzają się z atomami rozrzedzonej atmosfery. Atom, w który uderzają, traci część swoich elektronów (zjawisko jonizacji). Gdy „złapie” je z powrotem, energię, którą otrzymał od protonu czy elektronu ze Słońca, wypromieniowuje w postaci światła. To światło to zorza polarna. Luminescencję rozrzedzonych gazów zaobserwowano także wokół biegunów innych planet, m.in. Jowisza, Saturna, Urana, Neptuna, a nawet Marsa.

    Zorze występują zwykle w okolicach biegunów. 150 lat temu, w wyniku rekordowej liczby naładowanych cząstek, zjawisko było widoczne jednak w całej Ameryce Północnej, a nawet na Kubie. Zorze były tak intensywne i jasne, że ludzie wstawali w środku nocy, myśląc, że już świta. Ich zdziwienie, a może przerażenie, musiało być całkiem spore, gdy zamiast wschodu Słońca na niebie pojawiły się piękne, kolorowo pulsujące niby-płomienie.

    Na dużych szerokościach geograficznych zorze polarne – nazywane czasami światłami północy – mają kolor biały, żółty i zielony, na niższych charakteryzują je kolory ciemniejsze: czerwone, niebieskie, a nawet fioletowe. Zorze polarne w Polsce zdarzają się rzadko i tylko w okresie najwyższej aktywności Słońca. Co około 11 lat nasza dzienna gwiazda przeżywa burzliwe chwile. Kolejne maksimum było rejestrowane w latach 2012–2013. Nie powinniśmy być tego jednak całkowicie pewni. Nasza gwiazda jest nieprzewidywalna. Gdy coś stanie się na jej powierzchni, mamy kilkadziesiąt godzin na przygotowanie się na niesamowite zjawisko. A gdyby eksplozja na Słońcu była duża, lepiej wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i… zaopatrzyć się w świeczki. Prądu może nie być przez kilka dni.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    • oowan
      03.11.2015 20:06
      Kolejny raz czytam o zagładzie współczesnej, elektronicznej cywilizacji przez burze na słońcu i już mi ręce opadają.
      Wiadomo, że stanie się bezużyteczne wszystko, co potzrebuje fal radiowych - radio, internet, łączność - ale żeby straszyć awarią transformatorów???
      Niektórzy nawet mają wizję stopionych rdzeni, nie w reaktorach jądrowych, ale właśnie w transformatorach energetycznych! No, ludzie pomyślcie trochę...
      albo niech mi ktoś wyjaśni to zjawisko, bo elektrotechnikę i maszyny elektryczne znam.
    • czarnykot
      04.11.2015 14:36
      oowan - szczegółów nie znam, ale idzie to mniej więcej tak, że cząstki te wpływają na pole magnetyczne Ziemi, a jego zmiany, aczkolwiek niewielkie, bo i samo to pole nie jest wielkie, w długich liniach energetycznych mogą indukować całkiem spore napięcia (właśnie ze względu na ich długość).
    • oowan
      04.11.2015 23:42
      "czarnykot" No właśnie: spore napięcia. Dzisiejsze transformatory włączone do długich linii są robione na całkiem spore napięcia. Skąd więc ta katastroficzna awaria?
      Zabezpieczenia przepięciowe i nadprądowe wyłączą zasilanie i tyle - będziemy bez prądu. Ewewtualne dalsze przepięcia powinny przejąć iskrowniki. Rdzenie w trafach się nie stopią, bo będą wyłączone, prąd nie popłynie. Może gdzieś nie wytrzymać izolacja. To wszystko.
      Gdy wiatr słoneczny przejdzie, powoli wszystko wróci do normy.
      Ja bym katastrofę widział w panice i wyzwoleniu najgorszych instynktów u ludzi.
    • mack
      06.11.2015 16:25
      Trillion to po polsku bilion. W jęz. angielskim nie ma miliardów, biliardów, etc. Kwota jest więc niższa (2 biliony dolarów), ale i tak ogromna.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół