• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Śmiech spod wieka fortepianu

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 40/2015

    dodane 01.10.2015 00:15

    Przed wejściem na estradę Martha Argerich chciała uciekać, a Krystian Zimerman zjadł podwójny obiad. Konkurs Chopinowski to nie tylko święto muzyki, ale i wielkie nerwy.

    Profesor Andrzej Jasiński już dziewięć razy zasiadał w jury Konkursu Chopinowskiego. W opisującej historię konkursów książce Stanisława Dybowskiego pokazuje mi humorystyczny rysunek Gwidona Miklaszewskiego. Widać na nim mężczyznę, który strofuje innego, podnoszącego wieko fortepianu: „Niech pan tego nie robi, ja tam włożyłem magnetofon z nagraniem Małcużyńskiego”.

    Z każdego konkursu zostają w pamięci nie tylko genialne wykonania, ale i mnóstwo anegdot. Każdy z młodych pianistów chciałby wypaść jak najlepiej. Wielu przed wyjściem na scenę kreśli znak krzyża. Profesor uważa, że nie wypada Pana Boga prosić: „Spraw, żebym pokonał innych”. – Każdy z kandydatów może modlić się o to, żeby pokonał swoją słabość – mówi. – Przy okazji występów wykładam uczniom moją filozofię udziału w konkursie: „Graj nie dla jurorów, ale najpierw dla kompozytora, a potem dla całej sali, każdy werdykt przyjmij ze spokojem”.

    Profesor Jasiński podkreśla, że konkursy to hołd złożony Chopinowi. Występują w nich młodzi wirtuozi, rozumiejący przesłanie kompozytora. – Respektowanie przesłania nie ogranicza ich indywidualności – mówi. – Dobrze, kiedy każdy z grających pokazuje osobisty stosunek do tego, co wykonuje. Chopin, kiedy proszono go do salonów, grywał za każdym razem inaczej.

    Lornetką w jurora

    Piękno może przestać zachwycać, jeśli jest podane w nadmiarze. Odczuwają to jurorzy, którzy w sali koncertowej muszą spędzać co najmniej 8 godzin dziennie. Czasem zdarza się, że znużeni przesłuchaniami zapadają w drzemkę. – Kiedyś siedzący na widowni Japończycy wyśledzili przez lornetkę śpiącego jurora – opowiada profesor. – Potem w japońskiej prasie ukazał się złośliwy artykuł, że na Konkursie Chopinowskim oceniający śpią, budząc się jedynie, gdy słychać oklaski. Nawiasem mówiąc, sam nieraz podczas przesłuchań miałem ochotę się zdrzemnąć. Teraz już wiem, że kiedy w trakcie słuchania pięknej muzyki widzę jakiś filmik wyświetlający mi się w głowie, to muszę się mieć na baczności. „Bracie, uważaj” – mówię sobie wtedy.

    Kiedyś organizatorzy konkursu zapewnili jurorom możliwość korzystania z bufetu, w którym były też trunki. – Dało się zauważyć, że niektórzy z kolegów spróbowali troszkę czegoś mocniejszego – wspomina profesor. – Siedziałem między jurorami starszymi wiekiem, bo tak to było poukładane, że starsi i ważniejsi siedzą bliżej środka, a ja z obowiązku, jako przewodniczący, między nimi. Zauważyłem, że wypicie trunku na początku wyostrzało im słuch, ale po jakimś czasie któremuś z sąsiadów opadła głowa. Wtedy dyskretnie trącałem nogą w jego krzesło. Śpiący budził się i pytał zaniepokojony: „Czyżbym usnął?” „Nie, to tylko przypadek” – uspokajałem go, szczęśliwy, że wrócił do formy.
    Skłonność do drzemki u jurorów spowodowała między innymi, że przy ocenie uczestników stosuje się tzw. system korekcji głosów. Polega on na podnoszeniu lub obniżaniu punktacji, jeśli głosy jednego z oceniających znacząco odstają od reszty kolegów. Eliminuje to zgubne skutki drzemki

    Dziecko potrafi

    Występom młodych pianistów zwykle towarzyszy duże napięcie. Profesor Jasiński wspomina, jaki niepokój podczas jednego z koncertów wzbudziło omdlenie występującego: – W pewnej chwili jeden z brytyjskich pianistów zaczął grać niedokładnie i za chwilę zobaczyliśmy, jak gruchnął na ziemię i zemdlał. Do dziś nie wiem, czy to było niedotlenienie mózgu wynikające ze zbyt ciasnego kołnierzyka, czy nerwy. Jednak wszyscy uświadomili sobie wtedy, jakim stresem jest granie na estradzie. Niektórzy, żeby walczyć ze zdenerwowaniem, ćwiczą utwory, które mają prezentować. Inni wychodzą na spacer, jeszcze inni się gimnastykują. Krystian Zimerman lubił dobrze zjeść. „Kiedy jestem najedzony, czuję, że mam siłę i dobrze mi się gra” – zwierzył się swojemu profesorowi.

    Profesor Jasiński, który uczył go od dziecka, przyznaje, że w coraz mniejszym stopniu był jego nauczycielem, a w coraz większym stawał się kolegą, który daje mu dużo swobody. Opowiada, jak już po eliminacjach, pół roku przed konkursem, 18-letni wówczas Zimerman przyszedł do jego domu na obiad i zaczął się głośno zastanawiać, czy w ogóle ma wystąpić. „Słyszę różne opinie, że jestem zbyt młody, niedojrzały” – mówił. Zraziło go też to, że zaraz po eliminacjach na pierwszych stronach gazet pojawiły się zdjęcia uczestników z wymownym podpisem: „Polska ekipa konkursowa – sześć kobiet i jedno dziecko”. – Skomentowałem to: „Nic się nie martw. Pokaż im, co to dziecko potrafi” – wspomina profesor. – Podczas tamtej rozmowy, która zadecydowała o udziale Krystiana w konkursie, powiedziałem mu, że to żaden wstyd, jeżeli nie przejdzie do drugiego etapu: „Dla ciebie to będzie wielka przygoda artystyczna, odpowiedzialność spada na mnie”. Bo przecież najważniejsze jest to, by sprawdzić się w trudnej sytuacji. A taką niewątpliwie jest możliwość interpretacji muzyki twórcy Koncertu f-moll w Konkursie Chopinowskim.
     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół