• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Dlaczego nie idę na referendum

    Stefan Sękowski

    dodane 02.09.2015 15:30

    W niedzielę zostanę w domu, ponieważ nie jestem marionetką. I nie muszę brać udziału w tym przedstawieniu.

    Publicysta „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński dwoi się i troi, by znaleźć argumenty na rzecz głosowania w referendum, które czeka nas w niedzielę 6 września. Zdaje sobie sprawę z tego, że to trudne zadanie: kampanii referendalnej prawie nikt nie prowadzi, a jeśli już, to pod jej płaszczykiem przygotowuje się raczej do wyborów parlamentarnych. Samą decyzję o rozpisaniu referendum nazywa „jedną z największych porażek Bronisława Komorowskiego”. Podkreśla, że jego sens jest wątpliwy, a pytania nieprecyzyjne. A mimo to nawołuje do głosowania, sięgając po bardzo emocjonalny - to ewenement w publicystyce tego stroniącego od emfazy autora - wręcz zobowiązujący argument: - Pozbawienie się możliwości zabrania głosu w tak ważnej sprawie (…) to kpina z wolności, za którą nieraz w zeszłym wieku przelewano krew. Dziś nikt nie wymaga od nas oddawania życia, wystarczy pójść i oddać głos - pisze Szułdrzyński.

    Różne są definicje wolności. Można na przykład za Heglem uważać, że „wolność to uświadomiona konieczność”. W jej myśl trzeba wiedzieć o konieczności pójścia do referendum, a gdy się już pójdzie, można - w pełnej wolności - odpowiedzieć „tak”, lub „nie”. Na trzy pytania, z których, jak trafnie zauważył Krzysztof Szczerski, jedno jest niekonstytucyjne, drugie głupie, a trzecie nieaktualne. A potem powiedzieć samemu sobie: świadomy praw i obowiązków wynikających z posiadania polskiego obywatelstwa odbyłem demokratyczny rytuał, z którego i tak w praktyce nic nie będzie wynikało.

    Mi jednak bliższa jest definicja wolności, przedstawiona przez Lorda Actona. - Przez wolność rozumiem stan gwarantujący każdemu człowiekowi ochronę w czynieniu tego, co uważa za swój obowiązek, przed presją władzy, większości, obyczaju i opinii - pisał angielski filozof. Piękne hasło, które swoją drogą dedykuję wszystkim przeciwnikom sprzeciwu sumienia. Jestem wolny, gdy mogę robić to, co jest dobre: ale i nie jestem wolny, gdy muszę robić to, co uważam za złe. I w tej wolności wybieram, by 6 września zostać w domu.

    Nie twierdzę, że niedzielne głosowanie będzie złe. Ale i nie będzie dobre. To referendum jest bowiem jednym wielkim fałszem. Jest zepsute u korzenia, bowiem wynika z wyjątkowo niskiej motywacji - przechwycenia przez Bronisława Komorowskiego w II turze głosów osób, które w pierwszej głosowały na Pawła Kukiza. Nie zgadzam się z Szułdrzyńskim, że „dwa pierwsze pytania dotyczą naprawdę ważnych zagadnień” - zarówno JOWy, jak i sposób finansowania partii politycznych to kwestie techniczne, w dodatku obie kwestie zostały tak sformułowane, by umożliwić taką zmianę w prawie, po której i tak wszystko pozostanie po staremu. Ich postawienie nie wynikało z głębokiej troski o dobro wspólne, ale z chęci populistycznego przyłożenia konkurencji: wiadomo przecież, że PiS jest przeciwny zarówno JOWom, jak i zniesieniu finansowania partii z budżetu, które to kwestie podobają się wielu Polakom - zresztą bardzo często nieświadomym istoty różnych systemów wyborczych, czy polskiego sposobu dotowania i subwencjonowania stronnictw politycznych. W celu wyborczego zwycięstwa prezydent Komorowski uruchomił mechanizm, który kosztuje nas 100 mln złotych i niejako zmusza miliony Polaków do pójścia do urn.

    6 września nie idę głosować, bo nie jestem marionetką, którą były już prezydent, czy politycy jego partii, w senacie przyklepujący to bzdurne referendum, zmuszą do tańczenia. Tym bardziej, że prawdopodobna niska frekwencja uczyni je niewiążącym - tu leży też zasadnicza różnica między udziałem w tym plebiscycie, a wyborami, w których i tak zawsze ktoś wygra. Wolę zostać w domu, niż oddać nieważny głos (co według Szułdrzyńskiego wchodzi w rachubę), bo głos nieważny wpływa pozytywnie na frekwencję, a to z kolei świadczy o skuteczności zagrywki Komorowskiego. Nie głosując pokazuję, że nie zgadzam się na przedmiotowe traktowanie przez polityków obywateli i demokratycznych narzędzi, które służą do podejmowania decyzji, a nie do międzypartyjnych rozgrywek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • bisnetus
      03.09.2015 15:45
      Ja bojkotuję wybory do Sejmu bo udział w tej kontynuacji komunistycznej farsy (przewodnia rola kanalii partyjnych w państwie z odebraniem obywatelom praw wyborczych) jest czystą stratą głosu.

      Natomiast na referendum pójdę, bo jeśli w jego wyniku zrobimy krok do przodu od postkomuny i wprowadzimy normalną demokrację w wyborach do Sejmu to będę w końcu mógł jak normalny obywatel brać z czystym sumieniem udział w wyborach do Sejmu.

      Farsą jest obecna dyktatura mafii nomenklaturowych.
    • Poznanianka
      03.09.2015 19:18
      Panie Stefanie,
      gratulacje dla GN za stosowanie cenzury!
      Mój komentarz (ok. godz. 12.00) nie został zamieszczony do chwili obecnej, bo nie był zgodny z linią GN. Czyńcie tak dalej!
      Nie chce Pan być marionetką, ale niestety JEST Pan NIĄ tylko w innych rękach.
      Jeżeli udział w referendum uważa Pan za przedstawienie to serdecznie Panu współczuję.

      PS. Proponuję jednak uczynić reset i włączyć logiczne myślenie.
      Pozdrawiam i informuję, że rezygnuję z zakupu tygodnika - GN.
    • MichałObrębski
      03.09.2015 19:22

      Myli się Pan, Panie Redaktorze!

      Pozostanie w domu jest szkodliwe dla kraju a Pana artykuł psuje tzw. postawę obywatelską Polaków. W przypadku referendum frekwencja jest bowiem szczególnie ważna, bo niższa od 50% spowoduje jego nieważność.

      I stąd nawoływanie społeczeństwa przez niektórych zagrożonych do pozostania w domu!

      Co do "nieaktualności" pytania o wykładnię na korzyść podatnika - nie przesadzajmy. Szansa na to, by społeczeństwo opowiedziało się za fiskusem i przeciw sobie jest bliska zeru, a przypomnienie prawa już obowiązującego nie zaszkodzi (patrz np. Roman  Kluska). Poza tym dla ważności głosu nie jest wcale konieczna odpowiedź na wszystkie pytania, więc w razie wątpliwości głosujący to pytanie, jaki i inne, może pominąć.

      Jednomandatowe Okręgi Wyborcze i zakręcenie darmochy z kieszeni podatników to poza tym koszmarny sen wszystkich politykierów. Obecnie Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk zapewniają mandat (czytaj: świetną posadę, na której można brać pieniądze nic nie robiąc) wielu posłom, którzy bez nich nic nie znaczą. I to ci ludzie stanowią o słabości legislacyjnej: posłowie tacy nie wychylą się przeciw swoim mocodawcom, gdyż ma on ich w ręku.

      Jeżeli nawet pytanie o finansowanie partii politycznych jest nieprecyzyjne, to w pytaniu o JOW-y wątpliwości nie ma.

      Właśnie pozostając w domu jest Pan marionetką. Postkomunistów z PiS czy innych partyjnych bonzów.

      Namawiam do refleksji i udziału w referendum.

      Michał Obrębski

       

    • MIC
      03.09.2015 22:43
      Ja również nie pójdę na to referendum -
      w pełni zgadzam się z treścią artykułu, który oddaje dokładnie to, co myślę w sprawie referendum zarządzonego przez Komorowskiego.
      Mam dość traktowania mnie przez rządzącą od 8 lat większość parlamentarną i jej byłego (na szczęście) prezydenta jak idioty, któremu wszystko można wmówić i dowolnie sterować przy pomocy ciągłej nachalnej propagandy i z wykorzystaniem gigantycznych publicznych (czyli też moich) pieniędzy.
      Nie mam pretensji do tych, którzy pójdą głosować - mają prawo, ich wybór. Wśród głosujących zapewne będą tacy, którzy tak jak ja oceniają rządy PO bardzo krytycznie, ale mimo to pójdą. Ja zostanę w domu.
    Dyskusja zakończona.

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół