• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Piękno katolicyzmu: Jak Jezus

    ks. Jerzy Szymik

    |

    GN 36/2015

    dodane 03.09.2015 00:15

    „Święty Ireneusz niegdyś powiedział, że we Wcieleniu Duch Święty przyzwyczaił się do zamieszkania w człowieku. W modlitwie powinniśmy się przyzwyczaić do bycia z Bogiem. Jest to bardzo ważne, abyśmy się nauczyli być z Bogiem i widzieli w ten sposób, jak dobrze jest być z Nim, który jest odkupieniem” – uczył Benedykt XVI w jednej z katechez na temat modlitwy.

    Taka jest istota modlitwy: jest ona „sposobem przyzwyczajenia się do bycia z Bogiem”, błogosławionym nawykiem, który tym „sposobem” rodzi ludzi ożywianych Bogiem, a nie egoizmem (i skutkami: żądzą posiadania, władzy itp., itd.). Tylko w ten sposób – przez przyzwyczajenie do Boga i tym samym przez przyjęcie Jego zwyczajów – następuje naprawa człowieka i wnoszone jest światło Boga w ciemność świata. To teza ważna, o kapitalnym dla katolickiej pobożności znaczeniu: modlitwa jako przyzwyczajenie do Boga pozwalające nabrać Jego zwyczajów. Rzecz jasna, że to „przyzwyczajenie” jest w swej istocie łaską Boga i nie jest czymś „zwyczajnym”, jakimś prostym, „machinalnym” nawykiem, przynajmniej w tym sensie, że nie przychodzi zwyczajnie, łatwo, bez cierpliwości i wysiłku. • • •

    Modlitwa sięga tego, co najgłębsze w człowieku i pierwszorzędnie jest ona bardziej postawą wewnętrzną i sposobem bycia wobec Boga niż szeregiem praktyk i formuł, spełnianiem aktów kultu lub wypowiadaniem jakichkolwiek bądź słów. Modlitwa jest stąd i z tego, że człowiek czuje (i jakoś „wie”), że sens świata i jego samego znajduje się poza nim samym. I pada na kolana – dosłownie bądź metaforycznie – z potrzeby zbliżenia do tego sensu, z potrzeby Innego. Benedykt XVI: „W doświadczeniu modlitwy ludzkie stworzenie wyraża całą swoją samoświadomość, to wszystko, co udaje mu się pojąć ze swej egzystencji, a jednocześnie całą swoją istotą zwraca się do Tego, przed kim staje, kieruje swoją duszę ku tej Tajemnicy, od której oczekuje spełnienia najgłębszych pragnień oraz pomocy w przezwyciężaniu ubóstwa własnego życia. To patrzenie na Innego, to wychodzenie »poza« siebie jest istotą modlitwy jako doświadczenia rzeczywistości, która wykracza poza to, co dotykalne i ograniczone”. • • •

    Kilka katechez o modlitwie, późną jesienią 2011 roku, poświęca Benedykt XVI modlitwie Jezusa. Jej istotę papież upatruje w bezgranicznym i bezwarunkowym otwarciu Syna na wolę Ojca, w żarliwej i stale ponawianej (w miejscach pustynnych, na górach, nocami, w samotności) prośbie o to, by dostosować własną wolę do Jego woli, „w posłuszeństwie Jego planowi miłości” i zbawienia. I tak ją definiuje, za Katechizmem Kościoła katolickiego: „Wzruszenie Jezusa: »Tak, Ojcze!« wyraża głębię Jego serca, Jego przylgnięcie do »tego, co podobało się« Ojcu, jak echo »Fiat« Jego Matki podczas Jego poczęcia i jak zapowiedź tego, co sam powie Ojcu w godzinie swojej agonii. Cała modlitwa Jezusa zawiera się w tym miłującym przylgnięciu Jego ludzkiego serca do »tajemnicy woli« Ojca (Ef 1,9)”. Właśnie godzina Jezusowej agonii, w której dokonuje On decydującej dla zbawienia przemiany aktu przemocy w akt miłości (czyli śmierci w życie), jest najwyższym punktem Jego modlitwy. To wtedy, w sytuacji skrajnie najtrudniejszej, kiedy Jego dusza pozostała smutna „aż do śmierci”, i w cieniu samej śmierci, wtedy, kiedy „począł drżeć i odczuwać trwogę” (Mk 14,33-34), pocąc się do krwi, w godzinie Ogrójca, męki i konania, w obliczu milczenia Boga – Jezus wypowiada ostateczne „tak” wobec planu Bożego i ukazuje, jak ludzka wola znajduje spełnienie właśnie w pełnym przylgnięciu do woli Bożej, a nie w przeciwstawieniu się jej. • • •

    Oto serce modlitwy Jezusa: umierając – modli się. Mówi „tak” Ojcu, będąc kuszony w najstraszliwszej chwili najstraszliwszą z pokus: pokusą utraty wiary, ufności w moc i bliskość Boga, pokusą uderzającą w sam rdzeń duszy. Jego agonalny krzyk dociera do serca Boga i staje się wołaniem wysłuchanym w zmartwychwstaniu… Taka jest wyprowadzona z tej sceny rada ojca świętego, słowa przepływające wtedy (to była katecheza środowa, 8 lutego 2012 roku, dokładnie rok przed ustąpieniem) przez jego słabą już, 85-letnią krtań, ale pozaludzką mocą, jak wierzę, sięgające serca samego Boga, do którego dociera krzyk wszystkich udręczonych, także tych, którym, jak Jezusowi i bohaterom niejednego psalmu, oprawcy chcą odebrać wiarę w godzinie agonii: „w obliczu sytuacji najtrudniejszych i bolesnych, kiedy wydaje się, że Bóg nie słyszy, nie powinniśmy się lękać, aby zawierzyć Jemu cały ciężar, jaki nosimy w sercu, nie powinniśmy się obawiać, żeby wykrzyczeć Jemu nasze cierpienie.

    Powinniśmy być przekonani, że Bóg jest blisko, nawet jeśli pozornie milczy”. Bo Jezusowa modlitwa-krzyk „nie jest krzykiem tego, który z rozpaczą wychodzi na spotkanie śmierci, ani też krzykiem tego, kto wie, że został opuszczony”. To krzyk kogoś, kto w ten sposób bierze na siebie śmiertelny krzyk wszystkich i zanosi do Boga. I kogoś, kto wie (bo jest tego Sprawcą! „Stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają”, Hbr 5,9), że zostanie wysłuchany wielkanocną mocą Boga. To modlitwa-krzyk w komunii z nami i w naszym imieniu. Bo z Jezusa Chrystusa jesteśmy i z Niego jest cała nasza modlitwa. Co jest tym samym, ponieważ jeśli modlitwa stanowi jądro osoby Jezusa, to znaczy jeśli Jego osoba utożsamia się z odwieczną relacją z Tym, do którego zwraca się modlitewnie „Abba, Ojcze”, z tym wewnątrztrynitarnym aktem miłości, to nieodzownym warunkiem Jego poznania i zrozumienia jest wejście w ten akt miłości-modlitwy i uczestniczenie w nim. I to też jest warunkiem całej „Reszty”, czyli udziału w Jego zbawczym dziele i dziedzictwie (udział w Bożym Synostwie, czyli bycie dzieckiem Bożym), w naśladowaniu Go. Najprościej, najkrócej: być chrześcijaninem znaczy „ustawić” siebie i „postawić” swoje życie w tym miejscu, w tej perspektywie i pozycji, którą zajmuje Syn wobec Ojca. W Nim.

    • • • Chrześcijańska modlitwa polega więc ostatecznie na przekształcaniu siebie w Chrystusa („już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”, Ga 2,20), w akt modlitwy-miłości Boga i bliźniego. Tak że nasza chrześcijańska tożsamość i modlitwa – obie z Chrystusa – są nierozłączne. Forma modlitwy chrześcijańskiej sięga Logosu-Słowa-Syna. To znaczy: rozmowa z Bogiem jest możliwa dlatego, że sam Bóg jest rozmową, że w samym Bogu jest Logos – mowa. Bytową podstawą modlitwy jest więc Słowo-Syn w Bogu; i stąd też jest możliwe słowo skierowane do Boga. I jest ono możliwe także z powodu Wcielenia Słowa. Oto bowiem Ten, który jest mową w Bogu – Logos, Boży Syn – poprzez Wcielenie uczestniczy w ludzkiej mowie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • tambaran
      07.09.2015 20:51

      Święty Ireneusz niegdyś powiedział, że we Wcieleniu Duch Święty przyzwyczaił się do zamieszkania w człowieku. 
      Naprawdę podziwiam tego ojca Kościoła. I św. Ireneusz mógł tak powiedzieć, wziąwszy pod uwagę tamte czasy itd…i On był wielkim
      nauczycielem w Kościele…I dobrze że dzisiejszy teolog to mi cytuje i przypomina, ale szkoda, Że bez bliższego komentarza, bo ja nie umiem
      sobie z tym dosłownym wzięciem tego zdania, jako przesłanki do
      dalszych rozważań teologicznych, jestem w SYLOGIZMIE zaszachowany… przyzwyczaJENIE JEST LUDZKą PRZYWARą itd…
      Inni chyba są w lepszym stanie i sobie z tym poradzą i im to pomoże…
      Oby takich było jak najwięcej...
       

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół