• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Giełdy w krainie czarów

    Jerzy Szygiel

    |

    GN 36/2015

    dodane 03.09.2015 00:15

    Ostatnie tąpnięcie na światowych rynkach akcji pogłębiło przepaść między ekonomicznymi optymistami i pesymistami.

    Katastroficzne tweety – „Kupujcie konserwy i wodę w butelkach w takich ilościach, byście w razie zamieszek nie musieli przez miesiąc wychodzić z domu”, „Byliśmy już blisko krachu w 2008 roku, ale to, co teraz nadchodzi, będzie 20 razy gorsze” – wysłane przez Damiana McBride’a, byłego rzecznika brytyjskiego ministerstwa skarbu, po sierpniowym czarnym poniedziałku na światowych giełdach są charakterystyczne dla tej – mniejszościowej – grupy ekonomistów, która skupia czarnowidzów.

    Prasa cytuje czasem ich niepokojące oświadczenia bądź analizy, ale ze zwyczajowym dystansem – w końcu świat dobrze zna zjawisko fałszywych alarmów, choćby podnoszonych w dobrych intencjach. Ile razy w ostatnich latach ktoś przepowiadał „ekonomiczny koniec świata”, a wszystko rozchodziło się po kościach? Zresztą na drugim biegunie nastrojów wielkie media, jak u nas „Gazeta Wyborcza”, wolą cytować – już bez dystansu – ocenę analityków bankowego giganta Goldman Sachs, który „przestrzega przed zbytnim pesymizmem” jako „nieuzasadnionym”, gdyż „wzrost na rynkach rozwiniętych ma zdrowe fundamenty i nie będzie podatny na negatywny wpływ rynków wschodzących, a w szczególności Chin.

    Dodatkowo problemy rynków wschodzących powinny rekompensować niskie ceny ropy naftowej”. Innymi słowy, mamy do czynienia z niemal rytualnym zapewnieniem, że czarnowidze jedynie zawracają głowę, a rynki akcji – nawet jeśli przechodzą pewne turbulencje – będą rosnąć jak dotychczas. I proszę: dwa dni po czarnym poniedziałku zachodnie giełdy zaczęły wychodzić na plus. Chińskie też. Jeśli jest jeszcze jakiś problem, to taki, że ów uspokajający wzrost ma właściwie źródła polityczne, a nie gospodarcze.

    Czary chińskie

    To się może wydać dziwne, jednak ceny akcji na świecie mogą zależeć nawet od charakteru defilad wojskowych. W tym wypadku chodziło o gigantyczną defiladę w Pekinie 3 września, długo przygotowywaną manifestację chińskiej dumy narodowej w 70. rocznicę zwycięstwa nad Japończykami. Jej wymiar propagandowy jest dla władz Państwa Środka tak istotny, że nie mogły one dopuścić, by przed ową defiladą dominowały w światowych mediach złe wiadomości z Chin. Obywatele też nie powinni wątpić w siłę i dalekowzroczność rządu. Po czarnym poniedziałku chiński bank centralny wstrzyknął więc kolejne miliardy dolarów w rodzime giełdy i – jakby było tego mało – w ratowanie giełdowego indeksu zaangażował olbrzymie państwowe fundusze emerytalne.

    Dotąd mogły one kupować najwyżej państwowe obligacje, aż dostały polityczny rozkaz kupowania upadających akcji państwowych przedsiębiorstw. Wygląda to na operację nieco bardziej ryzykowną niż przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej, ale odniosło pożądany skutek – odetchnęły giełdy na Zachodzie i w Chinach. Tu problem polega na tym, że nikt nie wie, jak długo utrzyma się sztuczny „efekt defilady”. Pierwsze tąpnięcia chińskich giełd miały miejsce w drugiej połowie czerwca, lecz media i liczni ekonomiści byli wówczas tak zaabsorbowani kryzysem greckim, że zachodnie giełdy zupełnie zignorowały nagłe „minusowanie” w Chinach. Interpretowano je jako naturalną, niegroźną „korektę” – przecież od sierpnia zeszłego roku do czerwca bieżącego roku chiński indeks wzrósł o bardziej niż bajeczne, wręcz czarodziejskie 150 procent! Mało kto przejmował się faktem, że ów magiczny wzrost nie miał właściwie żadnych podstaw gospodarczych, lecz polityczne: rząd chiński uroczyście wezwał rodaków do masowego kupowania akcji jako źródła przyszłych, dodatkowych dochodów.

    Giełdowy indeks rósł nadzwyczajnie, bo naród odpowiedział tradycyjnie, tzn. pozytywnie – dziś w Chinach jest co najmniej 90 mln posiadaczy portfeli akcji, tj. więcej nawet niż członków partii komunistycznej. Ludzie dali się przekonać, gdyż ufali rządowemu optymizmowi. Było to tym łatwiejsze, że dwie trzecie nowych graczy giełdowych skończyło edukację w 12. roku życia, a 6 proc. ich ogółu to zupełni analfabeci. Rząd chiński robił, co mógł, by powstrzymać czerwcową falę spadków. W ciągu dwóch miesięcy, jeszcze przed wielką, sierpniową „interwencją defiladową”, wydał prawie 200 miliardów dolarów na skupowanie akcji wyprzedawanych przez zorientowanych giełdziarzy. W końcu zwyczajnie zabronił tej wyprzedaży posiadaczom bogatych portfeli.

    Mimo to nadszedł czarny poniedziałek. Powód jest prosty: nawet w Chinach działają prawa rynkowe, a czarodziejski wzrost giełdy ma się nijak do osiągnięć realnej gospodarki. Ona nie rośnie, lecz znacząco spowalnia, co znaczy, że giełda przeczy gospodarczej rzeczywistości. Rząd chiński co prawda ogłosił, że w drugim kwartale roku wzrost gospodarczy wynosił 7 proc., taka też jest jego całoroczna prognoza, ale wierzyć w nią mogą tylko ci, którzy – niczym przeciętni chińscy obywatele – wierzą chińskiemu rządowi. Uważna analiza innych liczb, np. konsumpcji elektryczności, importu surowców, ruchu wymiany towarowej itp., wskazuje, że faktyczny wzrost gospodarczy w Chinach wynosi obecnie ok. 2 proc. Innymi słowy, Chiny przestały być lokomotywą światowego wzrostu.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół