• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Kotlet z misją

    Agata Puścikowska

    |

    GN 32/2015

    dodane 06.08.2015 00:15

    To nie jest zwykła porcja mięsa. To jest mięso społecznie zaangażowane. Smakowita porcja za kilka złotych. A jako dodatek – dobra przyszłość. Bezcenna.

    Stara Praga. Kto zna, ten wie. Kto nie zna – to (jak mówią tutejsi) życia nie zna. Przedwojenne kamienice, odrapane, z czerwonej cegły, w podwórkach stare kapliczki. Swojacy w bramach z ukosa obserwują kręcących się przybyszów. Przybysze: młode panie z nowoczesnych biur, panowie z modnymi, kosmatymi brodami, w garniturkach, młode wilki biznesu. Śpiesznie, śpiesznie, z biur do stacji Metra Wilanowska biegną. By wrócić do centrum. Albo iść do centrum handlowego. Albo gdzieś tam gnać przed siebie, do fryzjera, do znajomych. Ale gdy kiszki marsza grają, to wielu z nich… piechotą zmierza do Czerwonego Roweru. Coraz modniejszego lokalu na gastronomicznej mapie stolicy. Zdążają na dania zdrowe, tanie, domowe. A co istotne, bo mocno zaostrzające apetyt – na dania z misją.
     

    Rowerem do smaku

    Na podwórze wchodzi się, czy wbiega raczej, z głośnej ulicy. W końcu Targowa 82. I…cisza. Więc i krok się zwalnia sam. I rytm miasta przestaje być tak mocno rytmiczny. A czas jakby się trochę cofnął lub nawet zatrzymał. W centrum podwórza – klomb. Taki jak za dawnych lat, z kwiatków wysianych, a nie kupionych. W tle mur z czerwonej, prasko-warszawskiej cegły. Z boku ławeczki (z drewnianych skrzynek). Stół.

    I jeszcze biały budynek, na którym wisi (a czemu by nie?) czerwony rower. Taki prawdziwy, z łańcuchem i pedałami. Za czasów młodości pewnie sporo kilometrów po Pradze wyjeździł.

    Kiedy się natomiast wejdzie do białego budynku, zapachy jak w najlepszej babcino-maminej kuchni. Swojskie. Bez cienia ściemy zwanej przyprawami – polepszaczami czy półproduktami. A im bliżej kulinarnej godziny zero, czyli południa, tym zapachy intensywniejsze. Chyba po to, by okoliczni młodzi, pracujący i (z głodu) gniewni, bez konieczności reklamy, a tylko wodzeni za nos zapachem, przybyli do Czerwonego Roweru.

    Pani Anna Machalica-Pułtorak krząta się po Czerwonym Rowerze od wczesnego rana. Dogląda wszystkiego, ogarnia dostawy warzyw, wydaje komendy w kuchni. Przy okazji, przez telefon, koordynuje sto innych akcji, prac i zajęć. Od dwudziestu lat, od kiedy założyła Stowarzyszenie „Otwarte Drzwi”, jest co robić. Bo ludzkiej biedy zawsze wokół dużo. A chociaż parę miesięcy temu pani Anna formalnie oddała władzę młodszym, to zostawić ich z tym wszystkim? Nie da się. Kuchenny biznes, społeczny i rowerowy, trzeba rozkręcić.

    – Bardzo długo myśleliśmy, żeby otworzyć bar czy restaurację. Nasza działalność – pomoc ludziom zagrożonym wykluczeniem, to praca wymagająca czasu, zaangażowania, praca na wielu frontach – pani Anna opowiada, a jednocześnie dogląda warzywnej zupy. – Prowadzimy noclegownię dla bezdomnych, pomagamy wychowankom domu dziecka, którzy próbują się usamodzielnić, zajmujemy się dziećmi ulicy, aktywizujemy bezrobotnych, uczymy zawodu… Zajmujemy się wszelką rodzimą biedą, której przecież sporo. Dlatego długo nie było czasu, by stworzyć restaurację. W końcu jednak udało się. I jest: Czerwony Rower, nasze pierwsze (komercyjne) dzieło, które być może będzie… finansować następne.

    A skąd nazwa: Kuchnia Czerwony Rower? Z konkursu. Pracownicy i członkowie stowarzyszenia prezentowali swoje propozycje. Dużo, różne, mniej lub bardziej ciekawe. Czerwony Rower wygrał w cuglach. Czy też w pedałach.

    Pieniądze, które Kuchnia Czerwony Rower uzyskuje ze sprzedaży obiadów, służą celom statutowym stowarzyszenia. Pani Anna i pracownicy chcą świadczyć też usługi cateringowe. Oczywiście po nieco wyższych cenach niż te rowerowe. Bo ceny w Rowerze są wyjątkowe: porcja zupy to 3 zł. Ceny drugiego dania wahają się między 6 a 9 zł… Plus pyszny kompot gratis.
     

    Przepis na smutki

    Pan Damian wyszedł z restauracji tylko na chwilę. Przebrać się i ogarnąć przed wydawką. Od rana pomagał w kuchni, za chwilę przyjdą goście. Nie można ich przywitać z zadyszką i w brudnym fartuchu.

    – Ja mieszkam obok. W noclegowni. Wyszedłem z domu dziecka, nie miałem gdzie pójść. Tu mnie skierowali, no i zostałem. Uczę się pracy w kuchni, poznaję ludzi. O, jak tu przychodzą w niedzielę całe rodziny, to się normalnie czuję jak z prawdziwą rodziną – opowiada pan Damian. W czasie wakacji pracuje w kuchni. W roku szkolnym również uczy się w liceum dla dorosłych. – U nas tu, w Czerwonym Rowerze, to i czasem się pokłócimy z koleżankami. Ale to moje miejsce, tu jest dobrze i swojo. Lubię tu być.

    Zbliża się południe. W kuchni praca wre. Pani Basia, która w stowarzyszeniu jest już pięć lat, króluje z wałkiem w ręku. Uczy młodych gotowania, a gdy trzeba – moresu.

    – I patrz, jak chcesz, żeby się naleśniki nie rozwalały przy podsmażaniu, to po zawinięciu trzeba skleić płaty rozkłóconym jajkiem. Wtedy dopiero na patelnię – tłumaczy pani Basia młodszym kucharkom. Jeden naleśnik – cieniutki i idealnie okrągły, drugi, trzeci. Cała sterta. Dziś pójdzie pewnie z tysiąc. Z nadzieniem do wyboru: delikatnym mięsem lub chrupiącymi (muszą być chrupiące, a nie gumowe!) warzywami albo też z owocami i śmietaną. A żeby naleśniki były smaczne i delikatne, to najpierw trzeba kilkakrotnie mąkę przesiać, potem ubić osobno białka i dodać je na końcu. Nie wolno też zapomnieć o wodzie mineralnej. Wtedy ciasto wyjdzie puszyste.

    – Sama nie wiem, jak ja tu trafiłam… – pani Basia zamyśla się nad stertą placków. – To chyba tak musiało być. Kiedyś z mężem prowadziliśmy dobrze prosperującą firmę hydrauliczną. Człowiek uczciwie pracował, nigdy niczego nie ukradł. To i się doczekał… Oszukał nas inwestor. Do tej pory nie oddał dużych pieniędzy. Nasza firma zbankrutowała. Inwestor żyje jak panisko, a ja już straciłam nadzieję, że cokolwiek odzyskam. Takie państwo mamy… – pani Basia, gdy opowiada, pochyla się nad stertą naleśników. I przycisza drżący głos. – Mąż umarł. Firmę straciłam. Zostałam z niczym. Trafiłam do Otwartych Drzwi jakoś zupełnie przypadkiem i zostałam. To mnie chyba uratowało… Gdy gotuję, zapominam o swoim smutku, o swojej biedzie, o niesprawiedliwości. I innym skrzywdzonym ludziom pomagam.

    Pani Anna natomiast przynosi do kuchni… róże. Delikatnie pachnące, kupione od jakiejś babci z ogródka. Z tych róży będą niedługo kręcić swojską konfiturę. Cukier, płatki. Długo trzeba ucierać. Tylko trzeba uważać, żeby kolcami się nie pokłuć.

    – Tak… Życie jest jak ta róża – patrząc na róże, mówi filozoficznie i dość sceptycznie pani Basia. – Piękne, pachnące. Ale i kolce ma. Żeby zrobić dobrą konfiturę, koniecznie też należy biały fragment płatków oderwać. Inaczej będzie wszystko gorzkie. Jak i życie…

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół