• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Erytrejska odyseja

    Jerzy Szygiel

    |

    GN 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:15

    Uciekinierzy z Erytrei są niemal w każdej łodzi wypływającej z Libii w kierunku Europy. Wcześniej próbowali innej drogi.

    Wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy na Synaju, pod granicą egipsko-izraelską. Zdjęli nam opaski z oczu i wprowadzili do piwnicy. Trzech z nas od razu zemdlało, bo wszędzie, na podłodze, ścianach i nawet na suficie były krew i roje much. Na początek kazali nam stać i patrzeć na te ściany – 20-letni Desalla Okbazgi miał szczęście. Stracił dłonie, ale żyje. Uwolniło go egipskie wojsko, ściągnięte przez lokalnego imama, szejka Mohammeda. Zanim to się stało, stał wiele dni przy ścianie z rękoma nad głową, ściśniętymi mocno w przegubach, przywiązanymi do haka. Już drugiego dnia dłonie zaczęły puchnąć, potem skóra na nich pękała. W chwilach przytomności widział, jak gniją.

    Dwie drogi

    Fala emigracji z Erytrei wezbrała 14 lat temu, po kolejnej wojnie z Etiopią. Krótka granica z Dżibuti, państewkiem położonym nad strategiczną dla światowego handlu cieśniną Bab Al-Mandab, w którym funkcjonują dwie wielkie zachodnie bazy wojskowe, francuska i amerykańska, jest nie do przebycia. Po obu stronach strzegą jej doborowe jednostki. Najpierw ludzie uciekali więc do Sudanu, potem do Etiopii, co łączyło się ze wstydem, bo Etiopia to przecież „odwieczny wróg”. W obu krajach powstały pustynne obozy dla uchodźców. Każdy, kto miał młodzieńczą energię i determinację, próbował dostać się do Libii pułkownika Kaddafiego, w nadziei dostania pracy, lub do Izraela, by tam podejmować kolejną próbę przedostania się do Europy czy Ameryki.

    Droga do Izraela wydawała się prosta. Wystarczyło dostać się z Sudanu do Egiptu i stamtąd przez biblijną synajską pustynię do regionu granicznego. Tam kilka beduińskich klanów wyspecjalizowało się w przemycaniu Erytrejczyków do Izraela. Trzeba było tylko zapłacić od tysiąca do 5 tysięcy dolarów. To pieniądze uciułane w rodzinach, w których po cichu planuje się ucieczkę syna bądź córki, którzy mają iść do wojska lub już zostali do niego wcieleni. Dziś w Izraelu żyje 35 tys. nielegalnych emigrantów z Erytrei. Nie mają tam żadnego statusu prawnego, prawa do opieki zdrowotnej ani pracy. Kiedy pracują na czarno, są często bezceremonialnie wyzyskiwani lub oszukiwani. Wielu sypia pod gołym niebem. Dalsza emigracja okazała się pustynnym mirażem. Droga do Izraela zaczęła pustoszeć. Dostać się tam próbowali już tylko ci, którzy chcieli połączyć się z rodziną. 3 lata temu jednak Izraelczycy skończyli budować wysoki stalowy mur wzdłuż całej granicy z Egiptem, nie do przejścia nawet dla najsprawniejszych.

    Krzyk przez komórkę

    Skoro Erytrejczycy przestali pojawiać się na Synaju, przemytnicy zaczęli po prostu do nich jeździć, do obozów w Sudanie. Chodzi o prawdziwe wyprawy w kilka lub kilkanaście ciężarówek czy pikapów. Tam uzbrojeni Beduini, nie niepokojeni przez żadne władze, wpadali znienacka między namioty i porywali młodych mężczyzn i kobiety. Związanych i zakneblowanych przewozili na wschodni Synaj do piwnic w wielkich willach zbudowanych na pustyni za pieniądze z przemytu. Wtedy każdy porwany musiał zadzwonić do rodziny w Erytrei – rozmowę rozpoczynał zawsze ich krzyk, bo oprawcy razili prądem. Cena za uwolnienie – od 20 do 50 tys. dolarów, inaczej śmierć. Najczęstsza tortura polegała na wylewaniu na ciało topionego plastiku, poza tym rażenie prądem, walenie pałkami, łamanie kończyn, wielokrotne gwałcenie kobiet na oczach braci lub mężów. Wzdłuż granicy odkryto masowe groby – tu 800 zwłok, tam tysiąc. To ci, którzy nie byli w stanie zapłacić nawet części żądanej sumy. Umierali od tortur lub w „przykładny” sposób: związanych przykrywano kocem nasączonym benzyną i podpalano. Dziś ocenia się, że oprawcy zabili ok. 12 tys. osób, a przez beduińskie ośrodki tortur przeszło od 40 do nawet 50 tys. ludzi.

    Pieniądze na okup zbierano miesiącami. W Izraelu pomagały Kościoły i społeczności chrześcijańskie, bo olbrzymia większość erytrejskich emigrantów to chrześcijanie. Na Zachodzie składała się diaspora, a w Erytrei rodziny sprzedawały wszystko, co miały. Proceder pozostawał bardzo długo nieznany zachodnim mediom lub pomijany ze względu na delikatną kwestię podejrzeń co do implikacji władz izraelskich, które miały w nim widzieć skuteczny środek zniechęcania do emigracji. Podejrzenia o handel organami torturowanych spadają na izraelską mafię. Z drugiej strony Egipcjanie nie śpieszyli się z likwidacją własnej mafii synajskiej. Gdyby nie zaangażowanie lokalnych duchownych islamskich i zachodnich organizacji humanitarnych, pewnie nigdy nie doszłoby do uwolnienia zakładników. Dziś uważa się, że proceder został znacznie ograniczony. Zresztą przeniósł się do Libii. Erytrejczycy przedzierający się przez pustynię w kierunku wybrzeża muszą bardzo uważać, by nie wpaść w ręce zbrojnych gangów żyjących z tortur.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • agnieszka81
      08.08.2015 11:50
      Czy widzicie to co ja... Kiedy pokazują uchodźców to prawie sami mężczyźni w młodym wieku... Do czego to wszystko zmierza...
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół