• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Latynoski tydzień 
Franciszka

    Szymon Babuchowski


    |

    GN 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:15

    Papież przybywa do najbardziej rdzennych i jednocześnie najuboższych mieszkańców Ameryki Południowej. Do indian, ludów andyjskich i amazońskich, w rejony przechowujące dziedzictwo jezuickich redukcji. 


    Już w tę niedzielę papież Franciszek wyruszy w podróż na kontynent, z którego pochodzi. Nie odwiedzi jednak ojczystej Argentyny, przeżywającej akurat wyborczą gorączkę, lecz państwa, które zwykle pozostają nieco w cieniu medialnych przekazów: Ekwador, Boliwię i Paragwaj. Jaki jest klucz wyboru trasy papieskiej pielgrzymki? Jak wygląda Kościół w krajach, do których zawita w tym tygodniu Franciszek?


    Ziemia i tak rodzi


    Wspólny mianownik wszystkich odwiedzanych państw wskazać dość łatwo: – To kraje charakteryzujące się największym odsetkiem rdzennej ludności tubylczej i o największym stopniu ubóstwa spośród wszystkich krajów Ameryki Łacińskiej – wyjaśnia o. Kasper Mariusz Kaproń, franciszkanin pracujący w Boliwii. – Uwarunkowania tych trzech krajów najlepiej łączy właśnie Boliwia.

    To tutaj spotyka się rzeczywistość ludów andyjskich i amazońskich, podobna jak w Ekwadorze, oraz plemion Guaranis, które zamieszkują w dużej mierze Paragwaj.
W Boliwii jak w soczewce skupiają się też wszystkie problemy nurtujące tę część kontynentu. Przede wszystkim ubóstwo, które ma tu nie tylko wymiar materialny. Bo choć mieszkańcy wiosek żyją nieraz w szałasach skleconych z palmowych liści lub drewnianych chatach, równolegle docierają do nich zdobycze cywilizacji. Mają więc komórki, telewizory, popularne są motocykle. Jednak sami niekoniecznie umieją korzystać z dobrodziejstw natury, którymi zostali obdarowani. Uważają, że skoro ziemia i tak rodzi owoce, to nie trzeba zbyt wiele się trudzić, by ją uprawiać. W związku z tym wielu z nich tkwi w marazmie i pijaństwie. Z tego wynikają kolejne problemy: spora część dzieci w ogóle nie zna swoich ojców. – Ludzie mieszkają tu po kilkanaście osób w jednej chacie. Często nie są to sformalizowane rodziny. W tych warunkach inicjacja seksualna przebiega dużo wcześniej, około 12. roku życia – mówi o. Kasper.


    Cena głowy


    Podobna sytuacja ma miejsce w Ekwadorze. Dobrze ilustruje ją obrazek z ośrodka Cristo Misionero Orante, założonego w małej andyjskiej wiosce San Francisco de Oyacoto przez chorwacką zakonnicę, siostrę Lenkę Ćović. Do ośrodka uczęszcza 160 dzieci borykających się z rozmaitymi problemami psychologicznymi. Są bardzo poranione, wiele z nich doświadcza w domach molestowania. Tutaj otrzymują namiastkę prawdziwej rodziny. W prowadzeniu ośrodka pomagają siostrom młode dziewczęta, pochodzące głównie z amazońskiej dżungli. Pracują w kuchni lub ogrodzie, a popołudniami uczą się. To dla nich często jedyna szansa, by uciec przed okrutnym losem młodej kobiety w Amazonii. Bo przecież zostać kolejną żoną dużo starszego Indianina to niezbyt ciekawa perspektywa. Niektóre z dziewcząt pochodzą z plemienia łowców głów Shuar. Okazuje się, że proceder łowienia głów, choć ukryty, nadal istnieje. Tyle że nie jest już aktem rytualnym, a zwykłym przestępczym biznesem, w którym morduje się ludzi dla zysku. Uczestniczą w nim także biali, którzy kupują głowy spreparowane do wielkości zaciśniętej dłoni, by postawić je na półce. Cena takiej główki sięga nawet 10 tys. dolarów.
Aby utrzymać ośrodek, siostry uprawiają ogród, hodują kury, króliki i świnie, ucząc jednocześnie mieszkańców okolicznych wiosek, jak dbać o ziemię. Siostra Lenka z dumą pokazuje tarasy stworzone przez zakonnice na zboczu wzgórza, by udoskonalić uprawę warzyw. – Tu nie powinno być biedy. Jeśli siejesz, ziemia rodzi przez cały rok – twierdzi. 


    Kościół jak chata


    Tych najprostszych zasad codziennego życia uczy Latynosów przede wszystkim Kościół, korzystając z wielowiekowej tradycji. We wszystkich krajach odwiedzanych przez Franciszka jezuici, a później także franciszkanie, zakładali przecież swoje redukcje. Przesiedlali Indian z ich pierwotnych wiosek do nowych osad, gdzie organizowali życie całej społeczności. Dzięki zredukowaniu przestrzeni, na której wcześniej rozrzucone były plemiona, łatwiej było dotrzeć do nich z Ewangelią. Najbardziej znane redukcje istniały w Paragwaju i Boliwii. Stanowiły one także ochronę mieszkańców przeciwko łowcom niewolników.
Miejscowość powstałą w wyniku takiego procesu łatwo rozpoznać, zbudowana jest bowiem zawsze według tego samego schematu. W centralnej części znajduje się duży plac, nierzadko z krzyżem pośrodku. Po trzech stronach skweru stoją domy mieszkalne, a czwarty bok zajmuje kościół z przyległościami – dziedzińcem, kuchnią, ogrodem. Świątynie mają zwykle kształt indiańskiej chaty, by wchodząc do nich, mieszkańcy czuli się jak w domu. Kościoły zachwycają rzeźbionymi kolumnami, malowidłami i tradycyjną ornamentyką.
Mimo wielu wyzwań duszpasterskich, trudno nie zauważyć owoców kilku wieków pracy zakonników w dawnych redukcjach. Co niedziela kościoły wypełniają się ludźmi, a i Msze w tygodniu gromadzą sporo wiernych, zwłaszcza tych najmłodszych. Po Mszy wieczornej młodzież spotyka się na tańcach w przykościelnych ogrodach. Kościół staje się więc także animatorem życia kulturalnego. Jezuici oraz ich następcy zaszczepili Indianom artystyczne tradycje, dlatego mieszkańcy redukcji często grają na instrumentach albo śpiewają w chórach.


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół