• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Druga gwiazda PiS

    Piotr Legutko

    |

    GN 23/2015

    dodane 03.06.2015 00:15

    Beata Szydło stoi przed najważniejszą decyzją w swej politycznej karierze. Zostać ze zwycięzcą jednej kampanii, czy poprowadzić drugą?

    Jest 15 kwietnia. Posiedzenie sztabu wyborczego Andrzeja Dudy przerywa prezes PiS. – Proszę sobie nie przeszkadzać, ja tylko do Beaty – mówi i wręcza szefowej sztabu urodzinowy bukiet kwiatów. Jarosław Kaczyński nie szczędzi w ostatnich dniach komplementów swojej zastępczyni. – Podczas tej kampanii zabłysły dwie gwiazdy. Jedna – Andrzeja Dudy, druga – Beaty Szydło – ocenia w wywiadzie dla TV Republika. – Pochwalę się, to ja zaproponowałem jej stanowisko wiceprezesa partii – dodaje z dumą. Uzasadnioną, bo choć dziś spekuluje się nawet na temat stanowiska premiera w przyszłym rządzie dla byłej pani burmistrz Brzeszcz, to jeszcze nie tak dawno jej pozycja w partii była często kwestionowana. Nawet powierzenie Beacie Szydło przez prezesa PiS kierownictwa sztabu Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich przyjęto z rozczarowaniem. Faworytką mediów (i wielu środowisk w partii) była bowiem Mirosława Stachowiak-Różecka, opromieniona świetną kampanią w wyborach samorządowych we Wrocławiu.

    Twarda szkoła samorządu

    Paweł Kowal 10 lat temu był posłem z tego samego okręgu co Beata Szydło. Jest pod wrażeniem zmiany, jaka się w niej w ostatnich latach dokonała, ale podkreśla to, co niezmienne. – Zawsze cechowała ją niezwykła dokładność. Jak już w coś się angażowała, to na 100 procent. Z konsekwencją rzadko w Polsce spotykaną – mówi były polityk PiS, dziś w Polsce Razem. Jej droga na szczyt może uchodzić wręcz za wzorcową. Przeszła twardą szkołę samorządu, wielokrotną weryfikację wyborczą w swoim okręgu. Do służby publicznej trafiła nie „po linii partyjnej”, najpierw osiągnęła coś w życiu zawodowym i rodzinnym. – Byłam na studiach doktoranckich, związałam się z uniwersytetem, ale życie potoczyło się tak, że wróciłam do rodzinnych stron, pojawiły się dzieci i nie było możliwości pracy naukowej. Wtedy zaczęła się moja przygoda z samorządem.

    Był początek lat 90., moi koledzy, jeszcze ze szkoły podstawowej, zachęcili mnie, żeby się zaangażować – wspomina w wywiadzie dla „Polska. The Times”. Ukończyła etnografię na UJ, pracowała w Muzeum Historycznym m. Krakowa, gdzie zajmowała się m.in. słynnym konkursem szopek. Gdy wybrała pracę w samorządzie, uznała, że musi mieć i do tego podstawę teoretyczną. Zaliczyła więc podyplomowe studia w Szkole Głównej Handlowej, a przed przystąpieniem Polski do Unii jeszcze „Zarządzanie terytorialne w procesie integracji europejskiej”. Walczyła w obronie miejscowej kopalni, była zaangażowana w załatwianie setek drobnych ludzkich spraw, ale – jak podkreśla – samorząd to jest przede wszystkim polityka, a ci, którzy twierdzą inaczej, nie mówią prawdy.

    Pan Bóg uchronił

    Gdy po sukcesie Andrzeja Dudy także i na nią zwróciła się uwaga wszystkich mediów, szalenie modny stał się wątek jej politycznej przygody z PO. Coś było „na rzeczy”. Sukces, jaki osiągnęła, kierując przez dwie kadencje gminą Brzeszcze, zwrócił na nią uwagę obu głównych partii. Z wzajemnością. Różnica jest taka, że emisariusze PO zgłosili się do Beaty Szydło, a ona sama chciała wstąpić do PiS, ale… jej nie przyjęto. Zbigniew Starzec, szef oświęcimskiego PiS, przyznaje się do tego „niechlubnego epizodu”, pani wiceprezes mówi zaś, że nie jest pamiętliwa. Skończyło się (dla PiS) szczęśliwie tylko dzięki Zbigniewowi Ziobrze, który zaproponował jej od razu drugie miejsce na liście wyborczej. W 2005 r. Beata Szydło zdobyła 14,5 tys. głosów, najwięcej w całym okręgu. O 2,5 tys. więcej niż lider listy PO Paweł Graś z sąsiednich Kęt. Tamtejsze wróble ćwierkają, że propozycja z Platformy dla pani burmistrz była mało atrakcyjna właśnie za sprawą Grasia, który nie chciał mieć w swoim mateczniku zbyt silnej konkurencji. – To Pan Bóg uchronił mnie przed PO – dementuje najpopularniejsza pani polityk Małopolski Zachodniej. Ale przyznaje, że oferta z tej partii nie była tak atrakcyjna jak Ziobry. W przedterminowych wyborach w 2007 r. Beata Szydło dostała jeszcze o 6 tys. głosów więcej. Cztery lata później znów podbiła stawkę, osiągając 43 612 głosów.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół