• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Misja na ziemi Miskine’a

    Beata Zajączkowska

    |

    GN 23/2015

    dodane 03.06.2015 00:15

    Kiedy rebelianci uprowadzili proboszcza, ks. Leszek Zieliński zawiadomił o porwaniu biskupa, policję oraz ONZ i… wrócił na parafię. Bo ludzie potrzebowali księdza – mówi. Misja w Baboua w Republice Środkowoafrykańskiej do dziś chroniona jest przez oddział oenzetowskich „błękitnych hełmów”.

    Mijamy kilkadziesiąt ciężarówek jadących do Kamerunu. Konwój otwierają uzbrojeni po zęby żołnierze z sił pokojowych, a ich opancerzone samochody mają być nie tylko gwarancją bezpieczeństwa, ale i pokazem siły. Napady, grabieże i mordy wciąż na tej międzynarodowej trasie są na porządku dziennym. Kiedy mijamy napis „Zukombo”, słyszę: „To teren ludzi Miskine’a, tych, którzy uprowadzili ks. Mateusza Dziedzica. Wciąż są w buszu i wciąż to oni tutaj rządzą”. Maleńka wioska. Gliniane chaty kryte strzechą. Przy drodze stragany z ananasami, mango i wszechobecnym maniokiem. Szef wioski współpracuje z porywaczami z Frontu Demokratycznego na rzecz Ludności Środkowoafrykańskiej. Ich baza musi być gdzieś w pobliżu, bo dziesięciu pochodzących stąd żołnierzy wraca na noc do swych rodzin. Rebelianci zaopatrują się w wiosce. Szef wyznacza ludzi upoważnionych do handlu, a oni zanoszą zamówiony towar na specjalne miejsce w buszu, skąd zabierają go bojownicy. Wielu z nich ma na sobie mundury armii środkowoafrykańskiej i przeszło w niej szkolenie. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie ceglastoczerwona ścieżka niknie w gąszczu. To tu ks. Mateusz wszedł w busz, gdzie spędził 44 dni. Za wioską jest miejsce, gdzie misjonarze przekazywali pomoc dla ks. Mateusza i przetrzymywanych z nim 15 Kameruńczyków i 10 mieszkańców Środkowej Afryki. Tu też, wraz z Czerwonym Krzyżem, odebrali ostatnią grupę więźniów. – Nigdy nie zapomnę, jak po wyjściu z buszu padli na kolana i zaczęli się modlić, dziękując Panu Bogu za życie i wolność – wspomina ks. Leszek Zieliński. Na szyjach mieli zrobione w niewoli drewniane krzyżyki. Taki sam dostał od nich ks. Mateusz.

    Modlitwa i post dla porwanych

    Misja w Baboua to serce parafii porównywalnej terytorialnie z diecezją tarnowską, skąd pochodzą pracujący tu misjonarze. Co dziesiąty z 60 tys. mieszkańców jest katolikiem. Choć Republika Środkowoafrykańska obchodziła niedawno 100-lecie ewangelizacji, to do Baboua pierwsi misjonarze dotarli dopiero w 1934 r. Parafia Matki Bożej Miłosierdzia powstała w 1958 r., i od tego czasu nieprzerwanie obecni są w niej księża. – Polacy od 1997 r. pozostają z ludźmi w trudnym czasie rebelii.

    Gdy przyszli rebelianci z Seleki, a potem Antybalaki, remontowali kościół. – Zobaczyliśmy, że misjonarzom naprawdę na nas zależy. W najgorszym czasie wszyscy nas opuścili, wyjechały organizacje międzynarodowe, a nasi księża byli z nami – opowiada Nestor, jeden z katechistów. – Kiedy porwali proboszcza, miałem wrażenie, że nasze życie się skończyło. Jeśli wzięli białego, nie mogło nas już czekać nic dobrego – dodaje. Siedzimy na tarasie najpiękniejszej misji, jaką widziałam w RŚA. – Gdy będzie bezpiecznie, zaczniemy normalnie żyć – mówi ogrodnik Vincente. – Liczę, że ci, którzy uciekli, wrócą do swych domów, a ks. Mateusz do nas. – Kiedy wieczorem po porwaniu Mateusza wróciłem na misję, ludzie czekali na mnie, byli wstrząśnięci, nie mogli uwierzyć, że zabrano ich księdza – opowiada ks. Leszek Zieliński. Wiadomość o porwaniu podało diecezjalne radio Siriri, co w lokalnym języku znaczy pokój. Na misję po wieści przychodzili katechiści z odległych kaplic. – Sami zaproponowali modlitwę i post w intencji uwolnienia proboszcza i wszystkich zakładników. Wśród nich był szef chóru w jednej z kaplic Saturin. Trwali w tym, dopóki na wolność nie wyszedł ostatni więzień – wspomina misjonarz.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół