• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Silvio, święte dziecko


    Joanna Bątkiewicz-Brożek


    |

    GN 47/2014

    dodane 20.11.2014 00:15

    Idę po raz trzeci upaść pod krzyżem, 
jak Jezus – zwrócił się do taty Silvio 
tuż przed kolejną dawką chemii. 
Papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót 
tego 12-letniego chłopca. 


    Trudno słucha się opowieści o umierających na raka dzieciach. Rodzice Silvia Dissegny, dziś 77-letni emeryci, po 35 latach od śmierci ich syna, po długiej i bolesnej chorobie, wciąż nie potrafią opanować wzruszenia. Historia Silvia poruszyła nie tylko jego rodzinę i mieszkańców przylegającej do Turynu Poirino, skąd pochodzi chłopczyk, ale Jana Pawła II, który w 2001 r. wpisał chłopca na listę sług Bożych. Papież Franciszek ponoć otarł łzę, czytając dziennik tego dziecka. 7 listopada, w dniu, kiedy na papieskie biurko trafił dekret o heroiczności cnót Silvia Dissegny, jego rodzice wystąpili przed kamerami włoskiej telewizji. Płakali, wspominając jedną z najbardziej poruszających scen z ostatnich miesięcy życia swego dziecka: – Wsiadaliśmy z Silviem do samolotu do Paryża, bo tam jeździliśmy na chemioterapię. Syn chwycił mnie za rękę. „Tato, jadę po raz trzeci upaść pod krzyżem, jak Jezus” – powiedział. – Płakałem całą podróż. A Silvio był spokojny. Między palcami przesuwał tylko paciorki różańca…


    Przyjaciel na zawsze


    W domu rodzinnym Silvia pełno zdjęć chłopca, jego zabawki, książki, w szafie ubrania. Na ścianach oprawione w ramki karteczki z jego zapiskami. Pochodzą z pamiętnika, który Silvio prowadził przez dwa lata. Na Boże Narodzenie, kiedy skończył 10 lat, mama podarowała mu maszynę do pisania. Był rok 1977. Pierwsze zdanie, jakie wystuka Silvio, kieruje mamy: „Dziękuję Ci, mamusiu, że jestem na tym świecie, że dałaś mi życie. Jest takie piękne! Tak bardzo chcę żyć”. 
Silvio urodził się w 1967 r. w Moncalieri niedaleko Turynu. Jego ojciec, Ottavio, pracował w fabryce Fiata, a mama Gabriella zajmowała się domem. Czarne oczy, kręcone ciemne włosy, szczuplutki i zawsze uśmiechnięty. Marzy, by zostać nauczycielem. Dużo się modli, czyta Pismo Święte, analizuje… mękę Chrystusa. W dniu swojej Pierwszej Komunii św. notuje: „Od dziś moim największym przyjacielem będzie Jezus. Na zawsze”. 
Silvio kibicuje Juventusowi, uwielbia grać w piłkę. „Lubię kopać piłkę z kolegami. Jak tylko któryś zrobi sobie krzywdę, wycofuję się z gry i biegnę z pomocą. Jeśli to nic poważnego, wracam do gry” – zapisuje w swoim dzienniku. – „Staram się być dobry dla wszystkich, ale czasem mi to nie wychodzi”. 
Kiedy Silvio kończy 11 lat pierwsze bóle nóg dają się we znaki. Nasilają się tak, że chłopak nie może grać w piłkę, z trudem chodzi, nie śpi w nocy. Diagnoza lekarzy jest bezlitosna: nowotwór kości. Ottavio Dissegna staje na głowie, by zapewnić synowi najlepsze leczenie. Aż 7 razy leci z Silviem do Paryża do kliniki Roussy na specjalistyczną terapię. Wszystko na nic. 
– Od samego początku swojej kalwarii syn chwycił za różaniec. Nie rozstawał się z nim ani na chwilę – wspomina pan Ottavio w programie w Rai Uno. – W swoim dzienniku zapisał: „Mam tak wiele rzeczy do powiedzenia Panu Jezusowi i Maryi”. Siedzieliśmy przy nim dzień i noc. Ale często prosił: tato, idź spać, muszę zostać sam z Jezusem, długo z Nim rozmawiać, powiedzieć o wszystkim, co noszę w sercu – opowiada.
– Pod koniec ból był tak silny, że modlił się głośno: „Jezu, ratuj! Weź mnie do siebie, już nie dam rady!” – dodaje mama Silvia. – Trzymałam go za rękę. A Silvio powtarzał: „Mamo, Pan Jezus mnie bardzo kocha i zabierze do nieba”. Ta świadomość przynosiła mu ulgę. 
10 czerwca 1979 r. Silvio traci wzrok, a 16 dni później odpada mu lewa powieka. Ból niewyobrażalny. Zaciska coraz mocniej różaniec. Swoje cierpienia ofiarowuje w intencji kapłanów i misjonarzy, za zbawienie grzeszników i „by wszyscy ludzie na świecie byli sobie braćmi”. 
„Dzięki cierpieniu to dziecko odkryło, jaki jest prawdziwy sens i moc modlitwy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Marysia
      20.11.2014 16:38
      Wszystkie umierające dzieci są święte i wszystkie przed śmiercią stają się niezwykle dojrzałe...Ja też straciłam na raka 12-letniego Bazylka. Wszystkie powinny zostac błogosławione.
    • TT
      25.12.2014 14:25
      Ta historia pokazuje, jak ważne jest wychowanie religijne dzieci, nawet najprostsze, jak w tym przypadku. I trzeba dzieci bardzo bronić przed zepsuciem. Nie będę tu używał nazw, ze względu na Święta, ale wiemy, że takie programy są powszechnie i z wielką konsekwencją wdrażane.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół