• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Aż mnie ssało i bolało

    dodane 02.10.2014 00:00

    Wywiad. O szamanie urabiającym duszę, magicznym mydle i modlitwie dla prawdziwych mężczyzn z Ryszardem Jankiewiczem rozmawia Monika Augustyniak

    Monika Augustyniak: Rozpoczyna się październik, miesiąc, w którym szczególną cześć oddajemy Matce Bożej Różańcowej. Wiem, że Różaniec jest dla Ciebie niezwykle ważny. Czy w związku z tym sam październik też nabiera większej wagi?

    Ryszard Jankiewicz: Przyznam szczerze, że wciąż jeszcze poznaję rok liturgiczny i to, co w danym momencie jest szczególnie ważne. Choć, szczerze mówiąc, nie sądzę, bym zmienił cokolwiek w moich praktykach religijnych dlatego, że zmienił się miesiąc. Każdego dnia odmawiam jedną tajemnicę Różańca i każdego dnia poznaję moc, jaka w nim tkwi. Jestem przekonany, że to modlitwa dla prawdziwych mężczyzn, a ja jestem świetnym przykładem na to, jak ona działa i prowadzi przez życie. To smutne, że przyczepiono do niej błędną etykietę, iż jest modlitwą tylko dla kobiet, i to jeszcze w starszym wieku. A ona jest idealna dla młodych! Ostatnio rozpoczęliśmy spotkania rodzinne w małym gronie, taka grupa wsparcia, gdzie fundamentem jest właśnie modlitwa różańcowa. Spotykamy się w kilka osób, odmawiamy zdrowaśki, czytamy rozważania poważanych kapłanów, takich jak o. Kozłowski czy ks. Blachnicki, i dajemy sobie czas na rozmowę. Znajomy się podśmiewał, że to kółko różańcowe. Nie wiem, słabo się znam na nazewnictwie (śmiech), ale myślę, że ta „babciowa” modlitwa jest świetnym fundamentem do spotkań wspólnotowych, bo przy Maryi możemy czuć się bezpiecznie.

    Powiedziałeś, że Różaniec to modlitwa dla prawdziwych mężczyzn. Dlaczego?

    Bo my nie jesteśmy tacy twardzi, na jakich wyglądamy. Często czujemy się bezradni i bezsilni, a to uczucie jest dla mężczyzny niezwykle bolesne i rzadko się do niego przyznajemy. A Maryi można to powiedzieć, można przyznać się do wszelkiej słabości. I to z modlitwy różańcowej płynie niezwykła moc i siła. Poza tym jest ona idealna do podejmowania trudnych decyzji. Same rozważania mogą stać się medytacją, w której poznaje się życie Jezusa i Jego Matki. I własne sprawy można wpleść w Ich życie. Ja czuję się bardzo bezpiecznie, gdy oddaję moje decyzje w ręce Jezusa i Maryi. Ona moje przemyślenia i wybory okrywa swoim płaszczem, dlatego zmniejsza się prawdopodobieństwo zbłądzenia. Nie mówiąc już o tym, że skutecznie ogranicza dostęp złego ducha. Od jakiegoś czasu jestem rycerzem Niepokalanej i wiem, że walczę najpotężniejszą bronią. Poza tym nie mam wątpliwości, że to Maryja wyciągnęła mnie z chaosu i przyprowadziła do Jezusa.

    Twoje przywiązanie do Różańca nie jest chyba zbyt popularne wśród młodych mężczyzn. Skąd u Ciebie takie przekonanie o jego sile? Zostałeś wychowany w kulcie tej modlitwy czy to raczej doświadczenia życiowe sprawiły, że dziś na jednym oddechu możesz wymieniać zalety zdrowasiek?

    Zdecydowanie ta druga opcja. Po przyjęciu Pierwszej Komunii św. zacząłem oddalać się od Kościoła. Może nie walczyłem z nim na wszelkie sposoby, ale byłem mocno „anty”. Na studiach zacząłem bez ograniczeń korzystać z tego, co oferował świat. Alkohol, imprezy, narkotyki – wszystko, co było możliwe. Aż w końcu upomniał się o mnie sam diabeł. Na szczęście Bóg nie pozostawił mnie samego. Pewnego razu doświadczyłem niesamowitej łaski i miłości Stwórcy. W środku nocy pobiegłem do klasztoru franciszkanów i dzwoniłem do furty. Na szczęście nie przegonili mnie. Poprosiłem o spowiedź. Nawet nie wiedziałem, jak się to robi, bo przecież od Pierwszej Komunii nie klęknąłem przy kratkach konfesjonału. Kilka godzin trwało moje wywalanie z siebie całego brudu. Płakałem tam jak dziecko. To był początek mojego tymczasowego powrotu do Kościoła. Przez chwilę udawało mi się chodzić co niedzielę na Eucharystię, raz w miesiącu spowiadałem się. Ale bardzo szybko przyszedł mój największy wróg – pycha. Pomyślałem sobie, że tamto doświadczenie było tak mistyczne, że nie potrzebuję chodzić od Kościoła. Że jestem wybrany, więc nie muszę robić tego, co wszyscy. Totalny absurd! Jest taki fragment w Piśmie, który mówi, co się ze mną stało (Łk 11, 24–26). Przez kolejnych 15 lat jakoś odpowiadałem na moje wyrzuty sumienia, chodząc raz w roku do spowiedzi itd., ale nic więcej. Aż niespełna rok temu, gdy miałem już żonę i dwoje dzieci, poczułem w sobie totalną pustkę. Ale to taką, że aż mnie ssało i bolało. Byłem zagubiony duchowo i całkowicie oddany pracy. Relacje rodzinne i z przyjaciółmi zeszły na drugi plan. Niestety, szybko okazało się też, że pieniądze nie wypełnią poczucia bezsensu.

    Często właśnie takie chwile Bóg wybiera na objawienie swojej miłości. U ciebie było tak samo?

    Dokładnie. Na Boże Narodzenie polecieliśmy do rodziny żony, do Meksyku. Tam zacząłem szukać lekarstwa na tę moją ssącą pustkę. Przypomniało mi się, że jest tam jakieś centrum medycyny naturalnej. Nie miałem wtedy żadnej czujności na punkcie zagrożeń duchowych. Poszedłem, jacyś pomocnicy głównego szamana wymasowali mnie i wprowadzili w lekki trans. Potem przyszedł ich guru, dotykał mnie i mówił, że mam dużo złej energii, którą on ze mnie zdejmuje. Ja przyznałem mu rację, że jest we mnie wiele złej energii. Miałem wtedy niesamowite przeświadczenie o tym, że rozumiem, co do mnie mówi, że czuję jego działanie. A do tego stwierdziłem, że to naprawdę świetny facet! Miałem poczucie tak dobrej komunikacji między nami, że zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie zostać jego uczniem. On też mnie przytulał i mówił, że zyskał kolejnego syna. Wyszedłem od niego jak nowo narodzony. Wreszcie moja pustka została zapełniona. Mimo to coś było nie tak. Niby czułem się znacznie lepiej, ale to nie było to. Dostałem od niego mydło, nad którym szamani modlili się 7 dni i nocy, jakiś omodlony spray i wskazówki, jak tego używać. Do tego codziennie przelewałem nad sobą jajko [zabobonny zabieg, stosowany szczególnie nad płaczącymi dziećmi – przyp. aut.]. Była tylko rzecz, która mnie zastanowiła. Guru zapowiedział mi, że odwiedzi nas w Polsce, ale nie potrzebuje adresu i podróż zajmie mu 2 minuty... Wiesz, teraz już wiem, że zły duch naśladuje bilokację, ale wtedy zastanowiło mnie coś innego. Pomyślałem, że nie da się ciałem przenieść z Meksyku do Polski w 2 minuty. Więc pewnie myślał o duszy. I zacząłem myśleć, że skoro mam duszę, to nad czym tak naprawdę on pracował? Nad moją duszą? I ta świadomość, że działał na mnie siłą duchową nie dawała mi spokoju. Pamiętam, jak stałem przed lustrem, patrzyłem sobie w oczy i pytałem: „Gdzie jest moja dusza?”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół