• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jadą ewangelizować życiem

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 27/2014

    dodane 03.07.2014 00:00

    Misjonarze. Zakończyli naukę w Centrum Formacji Misyjnej, otrzymali krzyże misyjne i błogosławieństwo bp. Andrzeja Czai. Kościół opolski posyła ich na misje.

    Joanna Łupicka, Małgorzata Siwiec i ks. Przemysław Skupień to nowi opolscy misjonarze. Dlaczego chcą wyjechać do Ameryki Południowej? Jakie zadania czekają na nich za oceanem?

    Serce, które należy do Boga

    – To Pan Bóg daje łaskę, siłę i wierność – mówi z błyskiem w oku Joanna Łupicka z Raciborza, która na 7 sierpnia ma wykupiony bilet do Peru. Ta szeroko uśmiechnięta blondynka będzie misjonarką w Pampas, miasteczku dobrze znanym opolskim misjonarzom. Za oceanem czekają na nią andyjskie krajobrazy, na zdjęciach niesamowicie urokliwe, ale przecież pełne niebezpieczeństw. Już sam fakt, jak prezentują się górskie drogi, niejedną kobietę może przyprawić o zawrót głowy. Niemniej w pani Joannie strachu nie ma. Mówi, że koło w samochodzie nauczyła się zmieniać już wiele lat temu. – Wiem, że będzie sporo trudności. Ale strach oddaję na modlitwie Panu Bogu. On wlał w moje serce pragnienie wyjazdu na misje i On daje mi siłę, by wytrwać. Inaczej dawno bym zrezygnowała – podkreśla misjonarka. I zaczyna opowieść o tym, jak odkrywała Boży pomysł na swoje życie:

    – Już w szkole podstawowej, w 1991 roku, gdy usłyszałam w „Wiadomościach” o śmierci dwóch franciszkańskich misjonarzy w Peru, kiełkowały we mnie myśli, że też chcę dawać świadectwo o Chrystusie w dalekich krajach. Odtąd, przez ponad 20 lat, to pragnienie w głębi serca było obecne, ale nie zawsze dochodziło do głosu. Uczyłam się, studiowałam, rozpoczęłam pracę. Był też czas, że myślałam o małżeństwie. Ale w tym wszystkim towarzyszyło mi poczucie, że nie takie jest moje powołanie, że wciąż nie żyję pełnią życia. Wreszcie odważyłam się, by spróbować to zmienić. Pojechałam do klasztoru w Biskupowie, by przeżyć dni skupienia. Od ojca benedyktyna usłyszałam wtedy, że moje serce należy do Pana Boga. Poruszyły mnie te słowa, ale bałam się je przyjąć. Rozpoczęła się w moim sercu walka o coś wielkiego, coś co stało się źródłem pokoju i radości – uśmiecha się nowo posłana misjonarka. I tak powróciła myśl o wyjeździe na misje – tym razem realizowana. – Kiedy patrzę na minione ponad 20 lat, to dostrzegam, że Pan Bóg cały czas przygotowywał mnie do zostania misjonarką, kształtował moją osobowość przez różne wydarzenia. 13-miesięczny pobyt w hiszpańskim zgromadzeniu pokazał mi, że mogę mówić w obcym języku. Wcześniej było to dla mnie niewyobrażalne. Z kolei posługi podejmowane we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym „Magnificat” otworzyły mnie na dzielenie się wiarą – podaje przykłady pani Joanna. Dziś czuje się szczęśliwa i wprost promienieje. Niedługo wylatuje do Peru na dwuletni kontrakt. Będzie pracowała w parafii prowadzonej przez ks. Roberta Zająca z diecezji tarnowskiej. – Moim głównym zadaniem będzie koordynowanie przygotowań do przyjęcia sakramentów. Przykładowo w tym roku jest 400 dzieci, które przyjmą I Komunię św. Pochodzą z wiosek rozsypanych na dużym terenie, w których miejscowi katechiści prowadzą dla nich spotkania. Moim zadaniem będzie czuwanie nad całością – opowiada misjonarka, która swoją nową parafię poznała m.in. dzięki rozmowom z ks. Pawłem Chudzikiem. Dla niego Pampas było pierwszą placówką misyjną.

    Tam czekają na duszpasterza

    Do wrześniowego wyjazdu do Boliwii przygotowuje się ks. Przemysław Skupień. Właśnie spędza dwa miesiące w Madrycie, gdzie posługuje w parafii św. Kazimierza i św. Walentego, szkoląc swój hiszpański. Jego decyzja o wyruszeniu na misje przypadkowa nie była. Wręcz przeciwnie – jest bardzo przemyślana. Już w liceum fascynowały go opowieści ks. Józefa Szczotki, który przez 12 lat pracował w Togo, a po powrocie z Afryki przez 4 lata był proboszczem w Polskim Świętowie – rodzinnej parafii ks. Skupnia. – Ks. Józef Szczotka był dla mnie wzorem dobrego człowieka i księdza. Wiele opowiadał o misjach i te opowieści mnie pociągały. Miałem pragnienie, by po maturze wstąpić do werbistów – wspomina ks. Przemysław Skupień. – Ks. Szczotka przekonywał mnie wtedy, żebym wybrał seminarium diecezjalne, a jeśli nadal będę odczuwał powołanie misyjne, to jako ksiądz diecezjalny również będę mógł je realizować – opowiada nowo posłany misjonarz i przyznaje: – Rady ks. proboszcza posłuchałem i ku radości mojej mamy poszedłem do seminarium w niedalekim Opolu, zamiast w odległym Pieniężnie. O misjach nie zapomniał. Po święceniach kapłańskich został wikarym w parafii śś. Apostołów Piotra i Pawła w Opolu, a kiedy mijał czwarty rok jego pracy duszpasterskiej, poprosił bp. Andrzeja Czaję o możliwość wyjazdu misyjnego. Zgodę otrzymał. – Moim pragnieniem była praca w kraju francuskojęzycznym w Ameryce Środkowej albo Południowej. Myślałem o Martynice. Brałem też pod uwagę Kubę i Peru. A będzie Boliwia – uśmiecha się nowo posłany misjonarz. Razem z kolegą kursowym, ks. Szymonem Zurkiem z diecezji gliwickiej, napisali mejla do archidiecezji Santa Cruz de la Sierra w Boliwii. – Reakcja bp. Stanisława Dowlaszewicza była ekspresowa. Oddzwonił tego samego dnia, mówiąc, że możemy przyjeżdżać – opowiada ks. Skupień. Co ich czeka w Boliwii? Jak zapowiedział bp Dowlaszewicz, który od początku roztoczył opiekę nad nowymi misjonarzami, na peryferiach metropolii Santa Cruz powstanie parafia św. Krzysztofa, w której będą pracowali. – Tam mieszkańcy 10 lat temu wybudowali kaplicę i dom parafialny, i czekają na misjonarza, który będzie sprawował sakramenty i pokieruje duszpasterstwem. Prawdopodobnie do stycznia 2015 roku będziemy z ks. Szymonem pracowali razem, a potem jeden z nas zostanie w parafii św. Krzysztofa, a drugi dostanie inną parafię – wyjaśnia misjonarz. – Naszym zadaniem nie jest wprowadzanie europejskich rozwiązań, patrzenie z wyższością na ludność Ameryki Południowej, ale pomaganie im. W Boliwii brakuje powołań, brakuje księży, a potrzeb duszpasterskich jest bardzo dużo – podkreśla ks. Skupień.

    Dusza misjonarza

    – W Europie jest wiele organizacji wspierających ludzi biednych, borykających się z problemami, ale nie zawsze osoby potrzebujące chcą korzystać z oferowanej pomocy. Natomiast w krajach trzeciego świata organizacji dobroczynnych jest niewiele, a potrzeb znacznie więcej niż u nas. Dlatego jestem przekonana, że w Ameryce Południowej moja pomoc jest potrzebna – podkreśla Małgorzata Siwiec z Opola, która 23 sierpnia wylatuje do Boliwii. Decyzja o wyjeździe na misje długo w niej dojrzewała. Szukając swojego miejsca, kilka lat spędziła za granicą – w Londynie i Madrycie. To właśnie w Hiszpanii, od werbisty o. Mirosława sporo słyszała o potrzebach Kościoła na misjach. – Podobała mi się perspektywa niesienia Ewangelii, życia dla drugiego człowieka, ale nie zdawałam sobie sprawy, że osoby świeckie też mogą być misjonarzami. Dopiero najlepsza przyjaciółka powiedziała mi o tym – opowiada opolska misjonarka i przyznaje, że tak naprawdę tematyka misyjna towarzyszyła jej już od dzieciństwa. – To za sprawą mojej mamy, która zawsze wspierała misjonarzy – wspomina. Odkąd pani Małgorzata podjęła decyzję, rozpoczęła diecezjalny rok formacyjny i za radą ks. Przemysława Skupnia skontaktowała się z misjonarzami w boliwijskim Bulo Bulo, sprawy nabrały tempa. Miała wyjeżdżać za rok, wylatuje już w sierpniu. Jest z tego powodu szczęśliwa i pełna pokoju wewnętrznego. – Czego mam się bać? Jeśli Bóg ze mną, któż przeciwko mnie – mówi słowami św. Pawła i wspomina hiszpańską piosenkę o duszy misjonarza, która była śpiewana podczas uroczystości posłania misyjnego i której słowa mocno do niej przemawiają. Bulo Bulo, gdzie będzie pracowała, to wciąż rozrastająca się miejscowość, w której misjonarze z Polski prowadzą parafię i internat dla dziewcząt. W latach 60. na tych terenach wydobywano ropę naftową. Powstało wtedy miasteczko, nazwane od odgłosów bulgotania towarzyszących wydobyciu. W Bulo Bulo, po wycofaniu się firm naftowych, osiedlały się kolejne rodziny. W latach 80. wybudowano szkołę, w 1996 roku przyjechały siostry Sługi Jezusa, z czasem powstała parafia i internat. – Będę organizowała czas dziewczynom, pomagała im w odrabianiu lekcji. Jestem nauczycielem wychowania fizycznego i trenerem piłki nożnej, więc popracuję nad stworzeniem drużyny. W Ameryce Południowej piłka nożna jest niemal jak religia, kopią wszyscy. Wiem, że niektóre dziewczyny z internatu są bardzo dobre na boisku i już czekają na mój przyjazd – z pasją opowiada misjonarka i wyjaśnia: – Przez sport chcę oderwać dziewczyny od szarego świata, w którym się urodziły i wychowały.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół