• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Bez pomagania nie mogą żyć

    dodane 01.05.2014 00:00

    Dla wolontariuszy sprzątanie, karmienie, przebieranie czy zmienianie pościeli jest na porządku dziennym. Czasem jednak ich dyżur to coś znacznie więcej. 


    Wolontariat to popularna forma okazywania miłości bliźniego. Dlaczego ktoś decyduje się poświęcać wolny czas ludziom, którzy pozornie niczym nie mogą się odwdzięczyć?


    Lekcja pokory


    Jagoda Kuczyńska jest wolontariuszką w koszalińskim hospicjum od dwóch lat. – Nie wiedziałam, czy dam radę. Jak mój tata leżał w hospicjum, było mi bardzo trudno, żeby go przewijać czy myć. Po jego śmierci chciałam zaangażować się w pomoc innym, ale raczej przy akcjach czy sprzątaniu, a nie w bezpośredniej opiece nad chorymi. Miałam opory, czy ja w ogóle tę barierę pokonam, ale zostałam rzucona na głęboką wodę i teraz jestem szczęśliwa, że mam kontakt z potrzebującymi – mówi. 
Dominika Wydziałkowska i Oliwia Kołacz są licealistkami. Chodzą do hospicjum od stycznia. – Wybieram się na medycynę i chciałam sprawdzić, czy nadaję się do kontaktu z pacjentem – dzieli się Dominika. 
Motywacja Oliwii była podobna. – Nie wiedziałam, czy wytrzymam psychicznie, będąc z chorym. Jednak im dłużej tam chodzę, tym bardziej zaczynam te wizyty doceniać. Inaczej też patrzę na swoje życie. Widzę ludzi, dla których nie jest możliwe nawet wyjście do łazienki, a ja się nad tym w ogóle nie zastanawiam, bo to jest dla mnie czymś normalnym – przyznaje. 
Wolontariusze hospicyjni wykonują czynności pielęgnacyjne, karmią pacjentów, przebierają ich i zmieniają pościel. Są do tego odpowiednio wcześniej przygotowywani. – Czasem też po prostu rozmawiamy, czytamy książkę albo bierzemy chorych na wózek i spacerujemy – wyliczają licealistki. Zdarzają im się też trudniejsze wyzwania. – Ostatnio wymyślałyśmy jednej pacjentce, pani Bolesławie, bajki albo robiłyśmy quiz. Ona uśmiecha się od progu na nasz widok – dodają. 
Pani Jagoda odwiedza swojego podopiecznego, pana Macieja, w domu. – On zawsze pyta swoją żonę, czy biorę od nich pieniądze. Jak okazuje się, że przychodzę za darmo, to mówi, że chyba muszę go lubić – opowiada z uśmiechem. – My dajemy sobie wiele nawzajem. Choć jest chorym, starszym człowiekiem, umie mnie rozbawić i ciągle prawi komplementy – przyznaje pani Jagoda. 
Nie zawsze jednak jest tak kolorowo. Czasem wolontariuszy spotykają przykrości ze strony samych pacjentów. – Doświadczamy różnych reakcji ludzi, ale trzeba nauczyć się z nimi obchodzić. Kiedyś jeden pacjent przeklinał i to było skierowane do mnie, ale ja wiem, że to nie on przemawia, ale jego choroba. Na pewno wtedy pomaga cierpliwość i wyrozumiałość – mówi pani Jagoda. 
Choć pomaganie wydaje się modne, wolontariat w hospicjum wciąż budzi skrajne reakcje. – Wiele osób się dziwi, że chcę chodzić do hospicjum. Moja rodzina jest dumna, ale ja nie robię tego po to, żeby ktoś mnie podziwiał. Chcę po prostu być z chorymi – przyznaje Dominika. 
– A ze mnie w klasie się śmieją. Nie rozumieją, jak mogę przebierać czy myć starszych ludzi. Staram im się to tłumaczyć, że oni też kiedyś mogą być w takiej sytuacji. Młodzież dziś myśli, że starszy człowiek jest niepotrzebny, powinien już umrzeć i tyle, a to nieprawda. Oni też przecież są ludźmi, zasługują na szacunek i na to, by się przy nich zatrzymać – dodaje Oliwia.


    Z Jezusem pod jednym dachem


    Dom Miłosierdzia w Koszalinie to również miejsce, gdzie oprócz potrzebujących można znaleźć wolontariuszy. Bartek Pawlaczyk przyjechał do Koszalina aż z Poznania, bo pociągnęła go idea Domu. – Od samego początku starałem się wspierać budowę i byłem świadkiem, jak powstaje – przyznaje. 
To jednak było dla niego za mało. – Zawsze zależało mi, żeby być blisko Pana Boga. Kiedy dowiedziałem się, że w Domu Miłosierdzia potrzeba rąk do pracy i będzie całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu, postanowiłem się tu przeprowadzić. Kiedy podjąłem decyzję, żeby tu przyjechać, moje życie było dość pokomplikowane. Udało się jednak je wyprostować i teraz ja mogę pomagać potrzebującym – przyznaje. 
Wolontariusze w Domu Miłosierdzia nie narzekają na brak obowiązków. – Są osoby, które pomagają przy remoncie, inni sprzątają, porządkują podwórko czy kaplicę – wylicza Bartek. To jednak niejedyne zadania. – Mamy też czterogodzinne dyżury w kaplicy adoracji. To dlatego, że Najświętszy Sakrament jest wystawiony całą dobę – tłumaczy. 
Jak mówi, mieszkanie pod jednym dachem z Panem Jezusem jest wyjątkowym doświadczeniem. – Po pewnym czasie człowiek się do wszystkiego przyzwyczaja, ale to na pewno coś niezwykłego. Jestem szczęśliwy, że mogę zejść do Niego, kiedy chcę, a na Mszę św. nie muszę zakładać nawet kurtki, bo to dwa piętra niżej. To wyróżnienie móc w takim dziele uczestniczyć – przyznaje. 
Więcej informacji na stronach: www.dommilosierdzia.pl oraz www.hospicjum.koszalin.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół