• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Uświęcony

    Aleksandra Pietryga

    dodane 02.04.2014 18:30

    Świętości nie zdobywa się własnym wysiłkiem, z zaciśniętymi zębami i spoconym czołem. Świętość jest zawierzeniem się Bogu na 100 procent.

    Od kilku tygodni zachęcamy naszych Czytelników do podzielenia się historią swojego spotkania - rzeczywistego albo duchowego - z Janem Pawłem II. Znalazły się osoby, które opowiedziały nam prawdziwą przygodę życia. Niektórzy z Państwa dzielili się swoim świadectwem, prosząc, by ich historia pozostała między nami. Szanujemy te wybory. Każdy z nas ma własne, intymne wspomnienia związane z pontyfikatem świętego papieża.

    Gdy 9 lat temu oczy całego świata skierowane były na Watykan, umierała moja mama, a moje serce rozpadało się na tysiąc kawałków. 2 kwietnia, około 21.35, byłam już mocno zmęczona relacjami nadawanymi ciągiem, wprost z papieskich apartamentów, przez wszystkie media. Wyłączyłam radio i usiadłam, żeby się pomodlić. I przyszły słowa: „Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się podobnie jak On jest święty” (1 J 3,3). Uchwyciłam się tej nadziei jak kotwicy. Chwilę później Jan Paweł II wszedł do domu Ojca.

    Na wariackich papierach jechaliśmy na pogrzeb papieża do Rzymu. Rozklekotanym autokarem, przez który deszcz lał się do środka. Tylko taki został – wszystko inne, co miało 4 koła i silnik, kierowało się już w tym czasie na południe. Podczas liturgii pogrzebowej staliśmy w tłoku, pod niebieskim niebem Italii i białym transparentem „Santo Subito!”. „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego Ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować” – padło w drugim czytaniu z Listu do Filipian. Przypomniał mi się poniżony chorobą papież w ostatnich tygodniach życia. I moja mama z ciałem wyniszczonym przez bezczelnego raka, odpornego na każdy rodzaj terapii. Wtedy pierwszy raz świadomie zgodziłam się na to, co będzie. Miesiąc później mama zmarła.

    Świętości nie zdobywa się własnym wysiłkiem, z zaciśniętymi zębami i spoconym czołem. Świętość jest zawierzeniem się Bogu na 100 procent. Pokładaniem nadziei tylko w Jego świętości. Zwłaszcza, gdy grunt usuwa się spod nóg. Gdy życie się wali. Dlaczego świętość Jana Pawła II została głosem ludu ogłoszona 6 dni po śmierci, potwierdzona Bożym działaniem i przypieczętowana autorytetem Kościoła? W trybie ekspresowym? Odpowiedź papież zamknął w swoim testamencie: „Pozostaję (...) do dyspozycji mojego Pana, powierzając się Mu...”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • leost
      03.04.2014 06:26
      Na pewno tak jest że chrześcijanin powinien zawierzyć Bogu i ufać Mu w dobrym i złym losie jakim zostanie poddany.Jednak od chrześcijanina
      wymaga się także pracy nad sobą.Zmagania się ze swoimi słabościami,pożądliwościami i etc.
      Bycie chrześcijaninem to nie jest zgoda na samego siebie takim jakim się jest.Wystarczy poczytać listy św.Pawła Apostoła do kogokolwiek Rzymian czy Koryntian jak wymaga od
      nich zmiany trybu życia i zwalczania swoich wad
      Także czytając zapiski św.Pio możemy dojść do wniosku że jest to zmaganie się z pokusami w
      pocie czoła.Nie chcę tu odgrzewać starego sporu między ewangelikami i katolikami,z których jedni twierdzili że wiara i zbawienie zależy tylko i wyłącznie od łaski udzielonej przez Boga a drudzy że nasze zbawienie leży także w naszych rękach tj.także uczynkach.Wydaje mi się jednak że aby być chrześcijaninem wiarygodnym dla innych trzeba narzucić sobie samodyscyplinę aby żyć zgodnie z Dekalogiem ale i także Ewangelią.
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół