• facebook
  • twitter
  • Newsletter
  • rss
  • Święty kryzysie, módl się za nami

    Marcin Jakimowicz

    GN 06/2014 |

    dodane 06.02.2014 00:15

    Naturalną reakcją jest zakasanie rękawów, by znów wziąć sprawy w swoje ręce. Tyle że kryzys dotyka nas właśnie po to, byśmy na własnej skórze przekonali się, że nasz los jest w innych, o niebo lepszych, dłoniach.

    Odzew był ogromny. Zostałem zasypany mejlami, esemesami i listami. Czytelnicy odpowiadali na artykuł „Idzie Niebo ciemną nocą”. Wspólny mianownik tej korespondencji: „Przeżywam kryzys wiary. Czy to normalne? Na kazaniach nie słyszę, co powinnam/ powinienem z tym fantem robić”. Co zrobić? Przeczekać. Nie szarpiąc się, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, pozostając „w celi”. Wiem, wiem. To najtrudniejsza z opcji. Naturalną reakcją jest zakasanie rękawów, by znów wziąć sprawy w swoje ręce. Tyle że duchowy kryzys dotyka nas właśnie po to, byśmy na własnej skórze przekonali się, że nasz los jest w innych rękach. Oblubienica, wychodząc z niezbyt sielankowego doświadczenia pustyni, „idzie wsparta na swym Oblubieńcu” (Pnp 8,5).

    Nie włócz się!

    Ojcowie pustyni – przypomina trapista o. Michał Zioło – radzili mnichom, którzy znaleźli się w bardzo ciężkich terminach, żeby nie uciekali, żeby spali, jedli, robili cokolwiek, ale żeby się nie włóczyli, nie rezygnowali i siedzieli w celi. Każdego dnia słyszę o Kościele pogrążonym w kryzysie. Tak jakby był to stan, który sparaliżował tę wspólnotę w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Tymczasem Kościół jest w nieustannym kryzysie. I będzie trwał w nim aż do ponownego przyjścia Tego, który jest jego głową. Słowo „kryzys” jest absolutną normą i historii Kościoła, i życia duchowego. Zaufanie, jakim obdarzył nas Najwyższy (całkowicie oddał się w ręce nieudaczników), musiało skończyć się kryzysem. Otrzymaliśmy skarb, z którym nie bardzo potrafimy sobie poradzić. Sytuacji nie ułatwiają odgórne zapewnienia, że „Jego drogi nie są naszymi drogami”. Zbudował swój Kościół na Piotrze – człowieku, który nieustannie przeżywał jakąś formę kryzysu. W czasie pierwszego spotkania, zamiast urządzić pokazówę w stylu bogatego młodzieńca i paść ostentacyjnie na kolana, zawołał bezczelnie: „Odejdź!”. Na górze Tabor kompletnie nie potrafił się zachować. Przespał najważniejsze wydarzenia. Bełkotał coś o namiotach. Biblia nie podaje, by to on zaprowadził Mistrza do swej teściowej. Nie chciał pokornie wiosłować ze wspólnotą (to mało efektowne zajęcie). Zabłysnął. Pokazał: „Jestem indywidualistą – wyjdę z łodzi”. Spacerku po falach nie mógł zaliczyć do udanego. Jezus w ostatnim momencie podał przerażonemu rybakowi dłoń. Ten, który jako jedyny wyznał: „Jesteś Mesjasz, syn Boga żywego”, „wziął Jezusa na bok i począł czynić Mu wyrzuty”, usłyszał egzorcyzm: „Zejdź mi z oczu, szatanie!”. Nie chciał (jako jedyny!), by Jezus umywał mu nogi.

    Zapewniał: „Nigdy nie zdradzę!”. Zdradził. Trzykrotnie. Wcześniej, gdy Mistrz pocił się krwią, uciekł w sen. Odciął Malchusowi ucho, które Jezus na nowo wstawił na miejsce. Trzykrotnie zaparł się Chrystusa. Zdradził absolutnie wszystko, w co wierzył. Nie wziął za to ani grosza. Ten, który niedawno wyznawał: „Jesteś Mesjasz, syn Boga”, nie widział w Jezusie nawet… człowieka. Nie było go na Golgocie. Rozdrapywał rany pogrążony w czarnej rozpaczy. Ostro kłócił się z Pawłem. Podobno na wieść o prześladowaniach zwiewał z Rzymu… Kryzys za kryzysem. – Piotrowi przez całe życie towarzyszyły kryzysy – wyjaśnia o. Wojciech Ziółek, znany ze swych odważnych decyzji prowincjał krakowskich jezuitów. – Tymczasem nasza kultura reaguje na kryzys alergicznie. To jest coś do wyleczenia – przekonuje. Ma tysiąc gotowych recept i proponuje albo ucieczkę w rozrywkę, albo podanie tabletki z krzyżykiem, by nie bolało. Nie chodzi o to, by nam „przeszło”, ale o to, by to, co nas spotkało, przeżyć do samego końca

    Brygada kryzys

    Modlimy się we wspólnocie już prawie 30 lat. Wiele razy chcieliśmy wywiesić klepsydrę oznajmiającą o zgonie „śp. diakonii modlitwy”. Ileż razy w czasie, gdy wspólnota przeżywała ogromny kryzys, przychodziły odgórne zapewnienia: „Pożyteczne jest moje odejście. Jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie”.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama


    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół