• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ocieplenie i inne plagi

    Leszek Śliwa

    dodane 03.04.2013 14:43

    Podobno przyczyną mroźnego marca i śnieżnej Wielkanocy jest… globalne ocieplenie klimatu.

    Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, w telewizji straszono plamami na Słońcu. Potem dyżurnym straszakiem stała się dziura ozonowa. Dziś o tych zagrożeniach mało kto już pamięta, od kiedy stało się modne globalne ocieplenie klimatu. Mechanizm tych lęków jest jednak zawsze taki sam: próbuje się udowodnić, że jakieś normalne zjawisko fizyczne ulega dziwnym, szybkim i groźnym zmianom wskutek niszczącej działalności człowieka i jeśli nie powstrzymamy emisji „czegośtam” (w przypadku dziury ozonowej był to na przykład freon), czeka nas kosmiczna katastrofa. Wszystkie te złowieszcze spekulacje powołują się na badania naukowców, którzy co prawda mają problemy, żeby trafnie przewidzieć pogodę na następny weekend, ale za to świetnie potrafią wyliczyć, jaka będzie średnia temperatura na Ziemi za kilkadziesiąt lat.

    Większość osób pod wpływem medialnych rozważań sądzi, że dawniej pogoda była w miarę stabilna, ale od kiedy emitujemy dwutlenek węgla jest z roku na rok coraz cieplej. Nawet kiedy – tak jak teraz – mamy do czynienia z wyjątkowo zimnym początkiem astronomicznej wiosny, też przypisuje się to globalnemu ociepleniu. Używa się tylko sformułowania: „zmiany klimatyczne” albo „anomalie pogodowe”. Tak czy inaczej, bije się na alarm.

    Wydaje mi się więc, że trzeba przypomnieć kilka podstawowych faktów, żeby nie dać sobie wmówić żadnej hucpy.

    Po pierwsze, zmiany klimatu na Ziemi są zjawiskiem normalnym. Nie jest prawdą, że kiedyś było mniej więcej jednakowo, a teraz jest inaczej. I nie trzeba wcale sięgać do prehistorii i zlodowaceń. Wystarczy rzucić okiem na ostatnie tysiąclecie. Dla historyków nie jest tajemnicą, że pod koniec starożytności i na początku średniowiecza temperatura na Ziemi systematycznie się podnosiła, mimo że nie produkowano wtedy gazów cieplarnianych. Około roku tysięcznego było cieplej niż obecnie. Na przykład w X wieku Wikingowie osiedlili się na Grenlandii. Nazwali ją Gren Land, czyli zielony kraj. Możliwa tam była wówczas uprawa zbóż. Pod koniec średniowiecza klimat zaczął się z kolei ochładzać i w XV wieku ludzie porzucili Grenlandię. Najzimniej było w XVII wieku, który jest zwany czasem nawet małą epoką lodowcową. Potem znów zaczęło się ocieplać. Wzrost średniej temperatury w XX wieku nie jest więc niczym nadzwyczajnym i wcale nie musi być zjawiskiem trwałym czy narastającym.

    Po drugie, wszelkie anormalne zjawiska meteorologiczne nie są niczym nadzwyczajnym i charakterystycznym tylko dla naszych czasów. W źródłach historycznych – kronikach, pamiętnikach – zachowało się mnóstwo świadectw o takich niezwykłych zjawiskach. Jan Chryzostom Pasek opisuje na przykład przymrozek w lipcu. Sporo bywało też strasznych kataklizmów. W XVIII wieku fala tsunami zniszczyła Lizbonę.

    Po trzecie, spojrzenie w przeszłość uczy też pokory w formułowaniu generalnych wniosków. Nie wystarczy kilka, czy nawet kilkanaście cieplejszych bądź zimniejszych lat, żeby mówić o trwałych tendencjach. A wszelkie prognozy przyszłości są po prostu wyssane z palca. Przy aktualnym stanie wiedzy, meteorolodzy potrafią przewidzieć pogodę na jakimś obszarze tylko na kilka najbliższych dni i to też z dużym marginesem błędu. Każda prognoza dłuższa niż pięć dni nie ma najmniejszego sensu, ponieważ powyżej pięciu dni jej sprawdzalność spada poniżej 50 procent. Alarmujące wykresy na najbliższe lata to tylko medialna hucpa.

    I po czwarte: powinniśmy być szczególnie nieufni, jeśli w propagowanie teorii naukowych włącza się świat polityki i biznesu. Zawsze wtedy można się obawiać, że wnioski z badań naukowych będą dziwnie zbieżne z interesami tych, którzy te badania finansują. Jeżeli jakieś państwa są zainteresowane na przykład w sprzedawaniu licencji na swoje ekologiczne wynalazki w dziedzinie energetyki, to na pewno w ich interesie jest utrzymywanie, że za ocieplenie odpowiadają tylko i wyłącznie gazy cieplarniane i bez ograniczenia emisji na przykład dwutlenku węgla czeka nas szybko katastrofa. A jeśli pechowo zdarzy się wyjątkowo zimny i śnieżny początek wiosny, zawsze da się stwierdzić, że to też wina tych nieszczęsnych gazów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Cawilian
      03.04.2013 20:35
      Może i nie da się przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni, ale gdyby lato było krótkie, deszczowe i chłodne, sugerowałbym emigrację bliżej równika. Bo oznaczałoby to, że nie jakieś ocieplenie, lecz raczej zlodowacenie nadchodzi.
    • jurek
      03.04.2013 21:44
      Mnie zawsze zastanawia to, iz dziennikarze uwazaja sie za specjalistow od wszystkiego. Tutaj pan redaktor zanegowal wiele roznych zjawisk. Panie redaktorze nigdy w zyciu nie widzielem bakterii i dlatego moge spokojnie powiedziec, iz w ich istnienie nie wierze, czyli konsekwentnie one nie istnieja? ?
      Taka jest mniej wiecej wymowa artykulu
    • halinka
      04.04.2013 13:43
      Też w GN był artykuł o Golfsztromie, który przynosi do Europy Półn. ciepło. Globalne ocieplenie powoduje zmianę zasolenia wód w Atlantyku, bo topią się lodowce, rzeki niosą więcej słodkiej wody. Mniejsze zasolenie powstrzymuje opadanie zimnej wody, blokuje napływ wody z Golfsztromu, który zmienia kierunek i omija Europę i Wlk. Brytanię. Pozostaje kwestia propagandy, że to człowiek odpowiada za globalne ocieplenie, bo wpływ człowieka przez wytwarzanie CO2 jest znikomy. No ale nie tak całkiem można się nabijać z faktu, że jest u nas zimniej przez globalne ocieplenie.
    • JacekNowak
      04.04.2013 18:42
      Zwiększona emisja gazów cieplarnianych spowodowana działalnością człowieka trwa bardzo krótko, nie dłużej niż 3 wieki. To naprawdę niewiele czasu. Jedna porządna erupcja wulkanu wyrzuca tyle gazów cieplarnianych, co ludzie przez kilka lat. A aktywnych wulkanów jest kilkaset. Ciekawe jest to, że nie zachodzi reakcja łańcuchowa. No bo przecież, jeśli działalność człowieka miałaby aż taki wpływ na klimat, to proszę sobie wyobrazić, jaki wpływ musiałaby mieć taka chociażby kilkunastoletnia zwiększona aktywność wulkaniczna, a przecież okresy zwiększonej aktywności wulkanów zdarzały się niejednokrotnie. Więc tak: zwiększona aktywność wulkanów powoduje zwiększenie ilości gazów cieplarnianych, klimat się ociepla, wtedy cieplejsze oceany wydalają zwiększone ilości dwutlenku węgla, co powoduje zwielokrotnienie efektu cieplarnianego, kurczą się lodowce, co powoduje większą absorpcję energii słonecznej i dalsze ocieplenie, w tym upalnym klimacie płoną ogromne połacie lasów- czyli dalsza emisja gazów cieplarnianych i Ziemia zamienia się w małe piekło. Jakoś żadna wzmożona aktywność wulkaniczna takiego łańcucha zdarzeń nie uruchomiła.

      Nie stało się również odwrotnie. Była epoka lodowcowa, zimne oceany absorbowały dwutlenek węgla, potężne lodowce odbijały znaczną ilość energii słonecznej, aż pewnego pięknego dnia wszystko się odwróciło.

      Okazuje się, że są siły, energia Słońca i zmiany jego aktywności, a i nasza staruszka Ziemia wciąż ogień w sobie pali, są siły które nic sobie nie robią ani z lodowców, ani z wulkanów, są potężniejsze i to one w ostateczności decydują, jaki na Ziemi panuje klimat. Oceany, wulkany i lodowce, mające wpływ znacznie przewyższający całe to ludzkie emitowanie gazów, nie są w stanie zmienić klimatu na Ziemi, są bezradne, nie są w stanie wywołać reakcji łańcuchowej, która zrobiłaby z Ziemi gorący tygiel lub mroźną lodówkę. Naprawdę, jesteśmy za mali, mamy za małe możliwości, żeby aż tak wpływać na świat, jak nam się to wydaje.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół