• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • W szklanej pułapce

    Joanna Bątkiewicz-Brożek

    |

    GN 49/2012

    dodane 06.12.2012 00:15

    Do transferu potrzebny jest cewnik. Wąskie światło, 0,2 mm. Zarodek ma 0,014 mm. – Jak kropeczka. Wstrzyknę go z pożywką hodowlaną do jamy macicy – pokazuje dr Bączkowski.

    Przeczytaj wstęp autorki do tekstu: Kropeczka oraz tekst: Równia pochyła

    Jakby mi ktoś powiedział, że na in vitro wyląduję, oczy bym mu wyłupała – Ewie puszczają nerwy. Głęboki wdech. – Muszę to zrobić, żeby nie pluć sobie w brodę, że czegoś nie zrobiłam. Muszę... Ewa ma 33 lata. Jest przed pierwszym podejściem. Przygotowywana od kilku tygodni. Odsłania brzuch. Ślady nakłuć. – Bolało, jak w zrosty musiałam się wbijać – tłumaczy. Przez miesiąc 50 zastrzyków w brzuch (tzw. stymulacja owulacji analogiem i gonadotropinami). Efektem są komórki jajowe potrzebne do zapłodnienia pozaustrojowego. W normalnym cyklu u kobiety powstaje jedna komórka, uwalnianiu jej towarzyszy często ból w krzyżu. – To było jak bomba. Zwijałam się – mówi Ewa. Ze Zbyszkiem (imiona zmienione) znają się i kochają od 15 lat. Od dwóch są małżeństwem. Ona politolog, on inżynier, rok starszy. – Nie brałam antykoncepcji, byliśmy otwarci na życie. I nic. Zwiedziliśmy pół świata, wybudowaliśmy dom. Ale jest pusty – mówi Ewa. Jej wielkie piwne oczy wilgotnieją od łez. Zdiagnozowano u niej endometriozę (błona śluzowa macicy obrasta np. na jajowodach, jajnikach, co warunkuje niepłodność). Operacyjnie usunięta. Potem przeszła pięć inseminacji (podanie spreparowanego nasienia męża do jamy macicy). Dalej nic. Wreszcie ktoś stwierdził, że ma jajowody do usunięcia.

    – W Szczecinie okazało się, że są dobre – uśmiecha się. Zaczęli więc jeździć do kliniki leczenia niepłodności Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie-Policach. 250 km w jedną stronę. Najpierw leczenie, regularne współżycie w 14. dniu owulacji, kiedy jest jajeczkowanie. Pytam Ewę o naprotechnologię. Nic nie wie. Dr Bączkowski: – U tej pary wykonaliśmy badanie męskiego nasienia. Nikt wcześniej tego nie zrobił. I tu był problem, w słabych plemnikach. Zapadła decyzja: in vitro.

    Zapłodnienie

    Klinika Medycyny Rozrodu i Ginekologii. Oddział leczenia niepłodności. 9 rano. Ewa czeka na punkcję jajników, tzw. pick up. Zabieg potrwa kilka minut, trzeba pobrać komórki jajowe. Pacjentka jest w znieczuleniu ogólnym krótkim. Pod opieką anestezjologa. Lekarz pod kontrolą USG wprowadza przez pochwę około 15-centymetrową igłę na prowadnicy i zasysa komórki jajowe (w naturze komórka żeńska uwalnia się sama i wpada do jajowodu). Razem z płynem pęcherzykowym, i zmieszane tym razem z krwią, komórki embriolog wtłacza do probówek. Te odkłada do tzw. bloku grzejnego. Pani Ania bierze go pod pachę. Pokonujemy schodami jedno piętro. W laboratorium trzeba je wyłowić i przenieść do pożywki. Embriolog robi to w sterylnym pomieszczeniu. Pochylamy się nad stołem laminarnym (ze specjalnym zadaszeniem i filtrem, by nie było tu opadu bakterii) i mikroskopem opatuleni w maski, czepki i lekarskie fartuchy. Mgr Kazienko zanurza w niewielkiej ilości płynu z krwią specjalną pipetę. – Pobraliśmy w czasie punkcji cztery komórki. Patrzymy przez mikroskop. Cztery komóreczki Ewy wyglądają jak krople. Dwie dojrzałe o idealnej wakuoli, z ładną cytoplazmą, trzecia daje małe szanse na zapłodnienie, czwarta żadnych. Embriolog, bierze więc trzy z nich do zapłodnienia pozaustrojowego. – Jeśli otrzymamy trzy zarodki, to dwa będą transferowane do organizmu matki, a jeden zamrożony – wyjaśnia mgr Kazienko. Komórki lądują w inkubatorze na godzinę. W tym czasie Zbyszek musi oddać nasienie. Czeka przed drzwiami na plastikowy kubeczek, taki jak do oddania moczu. W zamkniętym pomieszczeniu: fotel, umywalka, ręczniki papierowe i pisma porno (ponoć zostawiają je tu pacjenci). Po krótkim czasie wychodzi z mlecznobiałym gęstym płynem. Pojemnik trafia w ręce pani Ani, a potem na blok grzejny: – Lepiej oddać ejakulat w klinice niż w domu, bo plemniki nie lubią zimna. Przestają się wtedy ruszać, szanse na zapłodnienie maleją. Trzeba je dowieźć do kliniki do pół godziny, w samochodzie mimo owinięcia, na przykład w szalik, wychładzają się. Nasienie musi być przygotowane do procedury. Zaczyna liczyć się czas. Technologia dyktuje warunki. Mamy 20–30 minut, żeby połączyć spreparowane nasienie z komórką. Nasienie trzeba odwirować, by oddzielić plemniki od tzw. plazmy, oczyścić z bakterii, przepłukać, rozcieńczyć, ogrzewać i poprzez tzw. kapacytację (w naturze dzieje się to samoistnie) pobudzić do ruchu. – Ten pacjent nie miał dobrych parametrów nasienia, wady główek, są problemy morfologiczne – tłumaczy lekarz. Dr Bączkowski wkłada okrągłą przezroczystą szalkę z nasieniem pod mikroskop. – Plemniki, które się poruszają, przemieszczą się po krótkim czasie na przeciwległy brzeg kropli. Możemy dzięki temu ocenić prawidłowość ich budowy i wybrać najlepsze. Zwykle na sto wybieramy jeden prawidłowy morfologicznie i wstrzykujemy do komórki jajowej. Godz. 11.00. W laboratorium zostaje już tylko embriolog. Wystarczy jedno trzaśnięcie drzwiami, mały ruch, by uszkodzić komórki. – Czyli co? – pyta nasz fotoreporter – jeśli wejdę niespodziewanie, to tego małego człowieka rozsadzi? – Silne dragnie może uszkodzić żeńską komórkę jajową w czasie jej nakłucia, a nie zygotę – poprawia mgr Kazienko. – Zygotę? Pani pod mikroskopem człowieka stwarza. – Zygotę. – A człowiek kiedy będzie? – Jak para przyjdzie do mnie z dzieciątkiem – tłumaczy pani Ania. Technolog jest w zaawansowanej ciąży. Elegancka, wyraźny makijaż, upięte blond włosy. Na jej zaokrąglonym brzuchu opinają się guziki fartucha. – Który miesiąc? – pytam. Pani Ania: – Szósty. Udało się naturalnie. Zapada milczenie. Embriolog zasiada przed mikroskopem umieszczonym na marmurowym ciężkim blacie. Rękawiczki, maska na nosie i ustach. Sprowadzi na świat kolejnego człowieka tzw. metodą ICSI (docytoplazmatyczne wstrzyknięcie plemnika do komórki jajowej).

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

    TAGI: IN VITRO

    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • agia
      21.12.2012 08:58
      gdzie się podziały komentarze do tego artykułu?
    • Betty
      04.01.2013 10:49
      Dla mnie to straszne. Tak daleko odeszliśmy od natury,zdrowej żywności ,że nawet własnego gatunku bez sztucznej pomocy "nie umiemy przedłużyć"...Wszędzie chemia,konserwanty,trucizny....
      Poza tym-jako weterynarz powiem,że żaden człowiek na świecie nie wybierze najlepszego jajeczka i plemnika,niż zrobi to Bóg-lub jak uważają ateiści (piszę z szacunkiem do wszystkich)-natura....
    • mkus
      05.11.2013 08:55
      Ten kto ma dzieci nigdy tego nie zrozumie. A najśmieszniejsze jest to, ze kościół ukrywa sprawy księży pedofilii, którzy krzywdzą dzieci, często na cale życie, a ma obiekcje do powołania nowego życia.
    • jusia
      18.02.2015 20:37
      tak dziecko jako owoc miłości .. to co z dziećmi poczętymi wskutek gwałtu??? Ja jako osoba wierząca nie potrafie uwierzyć "że Bog tak chciał", wierzę, że chce abym miała dzieci i daje nam możliwości aby to osiągnąć...
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół