• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Polowanie z tobiaszem

    Ks. Sławomir Czalej

    |

    Gość Gdański 31/2012

    dodane 02.08.2012 00:00

    – Całe życie jestem związany z Chałupami. Mój ojciec, dziadek i pradziadek – wszyscy zajmowali się rybołówstwem – mówi Artur Muża z Chałup.

    Osamym Władysławowie, przedwojennym Hallerowie, pisaliśmy już w poprzednich edycjach naszego letniego konkursu. Ale czymże byłby Bałtyk bez statków i jachtów? Dzisiaj o aktywnej formie spędzenia wolnego czasu na morzu, czyli o łowieniu dorszy.

    Z dziada pradziada

    W czasach, gdy rybaczył dziadek Artura – Jan, kutry motorowe dopiero wchodziły do użycia.

    – Pamiętam z dzieciństwa starą szopę przy domu, w której dziadek budował jeszcze pomeranki. Był znanym szkutnikiem – wspomina wnuk. Pomeranka, czyli tradycyjna kaszubska łódź, służyła nie tylko do połowów ryb, ale i do przewożenia ładunków, np. cegieł albo piasku. – Pomerankami łowiono głównie na „małym morzu” – wyjaśnia Artur. A „małe morze” to nic innego, jak wody Zatoki Puckiej. W dawnych czasach aż się tu roiło od płoci morskich. Od rybaków, wystawiających towar tuż przy drodze, skupowali je pracownicy centrali rybnej w Gdyni. Ale pieniądze były za to marne, a z czasem także malała liczba ryb. Przyczyną było m.in. pozyskiwanie morskich wodorostów, z których robiło się materace. – Zresztą to były czasy, gdy nikt ryb nie szanował. Jak złowiono za dużo i nie było co z nimi zrobić, przerabiano je na mączkę – dodaje. Karmiono nią np. trzodę chlewną w pegeerach. Na rejs z Mużą seniorem – śp. Bogdanem – wypływało się najpóźniej o czwartej rano. – Tata mnie przemycał do kutra, bo jak chciało się przeżyć morską przygodę z ojcem, trzeba było wyprowadzić w pole WOP – śmieje się syn. Młodszemu pokoleniu przypomnijmy, że WOP to dawne Wojska Ochrony Pogranicza, strzegące nienaruszalności wód terytorialnych Polski Ludowej... W każdym razie o swobodnym pływaniu, nawet tylko po zatoce, nie było wtedy mowy. – Wypływaliśmy nawet na kilka dni. Każdy miał swoją koję, ale nie sypialiśmy zbyt wiele – wspomina Artur. Zwłaszcza gdy trzeba było wyrzucać i wciągać sieci. A potem patroszenie ryb i zasypywanie ich lodem, żeby zachowały świeżość aż do portu.

    Unijne dyrektywy

    Po wejściu Polski do Unii Europejskiej nastąpiło wiele zmian w prawodawstwie. Wprowadzono limity połowowe, w opinii polskich rybaków krzywdzące dla naszej floty, tak że wyżyć z rybaczenia było coraz trudniej. – Floty duńska czy niemiecka mogą łowić o wiele więcej niż my. W Polsce jest więcej jednostek niż limitów – wyjaśnia mieszkaniec Chałup. Część osób złomowała więc jednostki, otrzymując rekompensaty unijne, inne liczą na szczęście, losując limity. Artur Muża postanowił przerzucić się na turystów. Konkretnie – wędkarzy. Na rejsy wędkarskie wypływa się – podobnie, jak kutrami – niemal przez cały rok. Praktycznie nie zdarza się, żeby nawet początkujący wędkarz nie wrócił z wyprawy z wymarzonymi dorszami. – Każdy z nas ma swoje miejsca. Czasami bywa tak, że ławica omija te „pewne”, ale wydaje mi się, że mam nosa do ryb – podkreśla. Największy złowiony ostatnio okaz ważył 17 kg, ale zdarzają się i 30-kilogramowe „potwory”. Często żarłoczne dorsze łowi się w pobliżu zatopionych starych wraków, nawet w odległości 20 mil od brzegu. Zresztą każdy z armatorów ma swoje tajemnice... – Największy ubaw jest wtedy, kiedy nie widać już lądu i goście zaczynają się zastanawiać, jak wrócimy. Pamiętam, jak raz jeden wędkarz mówił do drugiego, że skoro tam jest tył łódki, to trzeba wracać w tamtą stronę, bo stamtąd przypłynęliśmy... – śmieje się Artur. Sprzęt do wędkowania też nie jest potrzebny, bo wszystko jest w łodzi. Łowi się zasadniczo na „pikery”, czyli ołowiane odlewy ryb, na które biorą dorszyki. Najpopularniejszy jest „tobiasz”. Nazwa pochodzi od ryby zagrzebującej się w piasku. Jako że łowi się na dnie, nierzadko na głębokości 70 metrów, nie używa się żyłek, ale mocniejszych plecionek. Osoba, która zdecyduje się na rejs, może liczyć na sporą dawkę wędkarskiej wiedzy, morskich opowieści i nieograniczony dostęp do tabaki. Ryby, oczywiście, też należą do wędkarza. – Najlepszy jest rosół z dorsza – uśmiecha się babcia Artura – Cecylia. W tym celu należy pokroić wątrobę ze średniej sztuki, do tego cebula, sól, ziele angielskie i wreszcie cały pokrojony w paski dorsz. Wszystko wkładamy do zimnej wody. – Ryba ugotuje się naprawdę szybko i jest pyszna – zapewnia. I rzecz najważniejsza: kaszubski rosół z dorsza jemy tylko z kartoflami!

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół