• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Krew za krew

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 23/2012

    dodane 06.06.2012 00:15

    O spektakularnych uzdrowieniach i demonicznych kulisach rzezi w Rwandzie z ks. Stanisławem Urbaniakiem, palotynem, rozmawia Marcin Jakimowicz.

    Marcin Jakimowicz: Najmocniejsza scena filmu „Ja Jestem”. Podchodzi Ojciec do opętanej, wyjącej kobiety i przystawia jej monstrancję do czoła.

    Ks. Stanisław Urbaniak: – Czy ja wiem, czy to takie mocne? To w mojej parafii w Rwandzie normalny obrazek. Bardzo normalny (śmiech).

    Kiedy Ojciec po raz pierwszy zaryzykował i wyszedł z Panem Jezusem w tłum?

    – W 1991 roku. Dlaczego? Bo sam zostałem... uzdrowiony. W czasie adoracji, która miała miejsce na rekolekcjach kapłańskich. Głosił nam je o. Emiliano Tardif. Nie miałem nic wspólnego z żadną Odnową. Byłem wrogiem (i to jakim!) ruchu charyzmatycznego.

    „Trzeba twardo stąpać po ziemi”, „racjonalnie podchodzić do rzeczywistości”, „unikać emocji”?

    – A skąd ty to wiesz? (śmiech). Ciężko zachorowałem. Pan Jezus mnie przetrącił. Zachorowałem na ostrą formę przepukliny dyskowej. Niesłychanie bolesna sprawa. Musiałem zaliczyć jakieś rekolekcje kapłańskie, a ponieważ do stolicy Rwandy przyjechał akurat Tardif, poszedłem na to spotkanie.

    Nie wył Ojciec z bólu?

    – Jak chodziłem, nie. Najgorsze było siedzenie i leżenie. W pewnym momencie klęczący przed Najświętszym Sakramentem Tardif mówi: „Jest tu ksiądz, który cierpi na kręgosłup. Pan Jezus właśnie go uzdrawia. Gdy pójdzie wieczorem do łóżka, nie będzie czuł żadnego bólu”.

    Nie czuł Ojciec żadnego ciepła? Przytulenia? Dotknięcia?

    – Absolutnie nic. W ogóle nie wiedziałem, że on mówi o mnie. Kolega mówi: „Wstawaj, to o tobie”, ale zgasiłem go wzrokiem.

    Nie nosił Ojciec w sobie tęsknoty: Boże, żeby to jednak chodziło o mnie?

    – Nie. Uważałem, że skoro przyszło cierpienie, to widocznie jest ono potrzebne Kościołowi. Prosiłem siostry, by przygotowały mi łóżko z twardymi deskami, broń Boże ze sprężynami, bo z bólu nie zmrużyłbym oka. Wróciłem z tej adoracji padnięty, wskoczyłem do łóżka i zdumiony zauważyłem, że absolutnie nic mnie nie boli. To pewnie przez te deski – pomyślałem. Wyciągnąłem je, położyłem się na sprężynach, podskoczyłem i nic! Spałem tej nocy jak nowo narodzony. Czułem ogromną wdzięczność. Powiedziałem: „Skoro zostawiłeś mi taki znak swej obecności, to widocznie czegoś ode mnie chcesz”. To uzdrowienie (trwałe, bo minęło już 21 lat!) było dla mnie osobistym spotkaniem z Jezusem. Po tych rekolekcjach było Boże Ciało. Ludzie ze wspólnot charyzmatycznych widząc moje uzdrowienie, poprosili, bym sam poprowadził podobną modlitwę. „Nie ma mowy!” – odparłem. „Nie chcę, by mnie wyzywali od głupków”. W końcu zgodziłem się. Kościół był wypełniony po brzegi. Przyszła matka z dzieckiem. Miało z 6 lat. Nie chodziło, nie mówiło. Całe ciałko miało poskręcane. Matka położyła tego nieboraka na podłodze. W pewnym momencie słyszy głos dziecka, które woła imię: „Chantal!”. Spojrzała na podłogę: nie ma chłopaka. Zbladła. Patrzy, a jej dziecko biega po kościele i woła koleżankę.

    Dlaczego tak bardzo boimy się w Kościele charyzmatów?

    – Sam się ich długo bałem. Rzeczywiście, wśród księży widzę spory opór materii. Pamiętam opowieść, którą słyszałem od ojca Tardifa. Pojechał na kongres Bożego Miłosierdzia. Przyszło z 300 tysięcy ludzi. Tuż przed Mszą miejscowy biskup mówi: „Nie będzie żadnej modlitwy o uzdrowienie. Sam będę przewodniczył tej Eucharystii”. Ojciec Emiliano pokornie się zgodził. Rozpoczyna się Msza i nagle na całym stadionie siada prąd. Nie działają mikrofony. Biskup podchodzi puka, stuka. W końcu rzuca: „Coś tu nie gra z tymi mikrofonami”. A 300-tysięczny tłum, sądząc, że rozpoczyna właśnie Mszę, odpowiada: „i z duchem twoim” (śmiech). To był moment przełomowy tej Mszy.

    Dlaczego w czasie wspomnianej Mszy znoszono do Ojca aż kilkudziesięciu opętanych?

    – Myślę, że demon mocno manifestuje u nas swą obecność, bo… się za niego bierzemy. Jak mu się daje spokój, to on milczy. Robi swoje, tyle że po cichu. Jeśli bierzemy go w obroty, to drze się na całą Rwandę. Trafiają do nas ludzie z całego kraju. Poranieni, okaleczeni, liżący rany po krwawej wojnie. Przychodzi wielu czarowników. A są to przecież ludzie, którzy zawarli pakt z diabłem. Dochodzi do wielu wspaniałych uwolnień.

    Nie czuje się po nich Ojciec duchowym gigantem? Bohaterem programu „Ręce, które leczą”?

    – Nie. Absolutnie! Jestem jedynie kruchym naczyniem. Kiedyś w czwartek – to u nas dzień kierownictwa duchowego – przyszedł czarownik. Klęknął przed Najświętszym Sakramentem i nagle – jak nie ryknie jak lew, jak nie podskoczy z tych kolan chyba z dwa metry w górę. Biedne pobożne kobieciny pouciekały, aż im pospadały chusty.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Bożi
      10.06.2012 16:47
      Chwała cześć mądrość moc błogosławieństwo na wieki na wieki!
    • ewelina
      11.06.2012 22:16
      Tak bardzo Kocham Cię Jezu....
    • dori
      11.06.2012 22:48
      Chwała Panu! Nie oglądałam tego filmu, ale bez niego wierzę, że Jezus jest Panem i jest obecny w moim życiu i tysiące razy dawał dowody swojej obecności i ogromnej miłości. Kocham Go i jest dla mnie całym światem. Dziękuję dziś Jemu, że pozwolił mi doświadczyć tak wielkiej miłości, choć wcale na nią nie zasługuję...
    • mama
      13.06.2012 05:48
      Dlaczego my tutaj w Polsce jesteśmy tak małej wiary?
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół