• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Znajdź (chociaż) trzy różnice

    Agata Puścikowska

    |

    GN 18/2012

    dodane 02.05.2012 00:15

    Stanowczo podróże (rodzinne) kształcą. Przede wszystkim rodziców.

    Sytuacja pierwsza. Rodzina: tata, mama i dziecko ma wyjechać na kilkudniowy wypoczynek. Powiedzmy w sobotę. Tydzień wcześniej rozpoczyna się gorączkowe przygotowanie. Żeby tylko zdążyć. Lista potrzebnych rzeczy niby rozpisana miesiąc wcześniej. Ale licho wyjazdowe, jak wiadomo, nie śpi. Więc wózek spacerówka, więc wózek głęboki, na wypadek gdyby wiatr wiał silny. Wanienka też konieczna. I tona co najmniej środków higieniczno--pielęgnacyjnych. Samych kremów z filtrem pewnie sześć, bo co będzie, jak się potomek na któryś uczuli? Coś koło środy nerwowe pakowanie ubranek. Ściśle według poradnika dla dobrych mam: pięć koszulek z długim rękawem, cztery z krótkim, spodenki, rajstopki, czapeczek tylko trzynaście – żeby przesady nie było... Piątek. Wypada i sobie coś z ubrania zabrać. Ale czy się w samochodzie zmieści? Sobota. Po 4 godzinach stresowego biegania, znanego jako rodzinna reisefieber, wszystko się zmieściło. Nawet dziecko. Które akurat doszło do wniosku, że jest głodne. I wyje. Rodzice siwieją na cito. Te podróże z dziećmi... Kolejne siedem godzin w samochodzie (z przepisowymi postojami co godzinę, jak napisali w poradniku dla dobrych mam) i rodzina jest na miejscu! Chwila radosnego oddechu aż sto kilometrów od domu! Tylko chwila, bo okazuje się, że dokumenty zostały właśnie w nim.

    Sytuacja druga. Rodzina: tata, mama, czworo dzieci ma wyjechać na kilkudniowy urlop. Powiedzmy w sobotę. Więc rano w sobotę, coś koło 10.00, matka rzuca hasło: pakowanie. Po pół godziny ojciec wnosi dwie walizki do samochodu. Wyjazd o 11.00. Po drodze zwiedzają zamek w Nidzicy, nawiedzają Gietrzwałd. Dzieciaki nawet grzeczne: czytają, grają w gry. A gdy zaczynają marudzić, dostają propozycję podróży piechotą. I nie korzystają z niej. Siedem godzin i 500 km od domu. Radosna chwila wyjazdowego oddechu.

    Nie wolno porównywać, bo każda rodzina to inny świat? A to są dwie, tak zupełnie różne rodziny? A kto powiedział, że dwie? Jedna i ta sama rodzina! Tylko kilka lat później. Tak. Stanowczo podróże (rodzinne) kształcą. Rodziców...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • magdalena
      06.05.2012 19:42
      Pani Agata Puścikowska w swoim felietonie na początku pokazała rodzinę z 1 dzieckiem w dalszej części dla porównania rodzinę z 4 dzieci. Moim zdaniem rodzina z 1 dzieckiem została obśmiana. Mam nadzieję, ze Pani Agata nie miała zamiaru sprawić przykrość rodzinom, które z powodu chorób, często nowotworów , które długofalowo przyjmują leki nie mogą mieć więcej dzieci, osobiście znam takie i wiem, że te rodziny pragnęły mieć więcej dzieci. Czy nie można było napisać felietonu zachęcającego rodzinę do aktywnego spędzania czasu, do tego by jakość dnia spędzanego czasu z rodziną był na wysokim poziomie. Porównując rodziny, nasze dzieci czy siebie z innymi czynimy sobie szkodę, to tylko demotywuje i wpędza we frustrację.
    • do magdaleny marcin
      08.05.2012 11:15
      Mamy jedno dziecko, właśnie z powodu choroby nie możemy mieć więcej, ale całkiem inaczej odebrałem felieton Pani Agaty. Bardzo mnie rozbawił. Doświadczenie rodzicielskie wzrasta wraz z wiekiem, no i nie da się ukryć także ilością dzieci. I właśnie o tym był ten felieton.
    • anka
      25.06.2012 21:18
      magdaleno przesadzasz. Ja nie mam swoich dzieci wogóle i zupełnie inaczej odczytałam ten artykuł. Ale chciałam je mieć i mam kilkoro, tyle, ze nie jestem ich biologiczną matką:)Pozdrawiam
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół