Nowy numer 16/2018 Archiwum

Nie wybrała sobie czasów

92-letnia s. Maria Imelda mówi, że życie nazaretanek toczy się w ukryciu. Ale nie można ukrywać, że w kieleckim klasztorze żyje wyjątkowa zakonnica. Ma stopień porucznika, wydaje wiersze i mimo wieku chodzi szybko jak kiedyś, gdy była harcerką.

My sobie czasów nie wybieramy, żyjemy w takich, jakie Pan Bóg dał – mówi. A jej dał prawie cały zeszły wiek. I początek kolejnego. Dodaje, że nigdy nie narzekała, iż teraz jest gorzej niż kiedyś. – Każdy okres był jakoś dobry, z wyjątkiem okupacji hitlerowskiej – zastrzega. – Co prawda człowiek był wtedy młody, ale w powietrzu wisiała śmierć. Jak się wychodziło na ulicę, zawsze można było zostać aresztowanym. Sama z harcerstwa przeszła do Szarych Szeregów Armii Krajowej i prowadziła w Kielcach IV Drużynę im. Klementyny Hoffmanowej w grupie Antoniny Gębicowej, nauczycielki tajnych kompletów. Sklep ze szkłem i porcelaną, w którym była ekspedientką, stał się punktem kontaktowym AK. – Byłam łączniczką, zostawiali mi rozmaite karteczki, a ja przekazywałam je innym po podaniu hasła – pamięta. Raz o mały włos nie straciła życia. Wracały z koleżanką i trafiły na łapankę. Niemiec sprawdzał wszystkim kenkarty i kierował do ciężarówki. Nie widomo, skąd dostała takiej odwagi. Bezczelnie wyjęła mu kenkartę z ręki i nie oglądając się, odeszła. Dziś myśli, że to cud. – Ale mało to cudów Pan Bóg zdziałał? – pyta. Jeden z jej wierszy, który mówi z pamięci, nosi tytuł „Wszystko jest łaską, co mnie spotyka”. Siostra Zofia, która jej towarzyszy, gdy inne zakonnice wychodzą do swoich zajęć, podkreśla, że s. Imelda ma dar modlitwy za nieprzyjaciół. – Kiedy czuje, że ktoś ją skrzywdził, odmawia za niego Różaniec. To największa pomoc, tylko ona może przynieść przemianę – zapewnia. – Czy za Niemców też się siostra modliła? – pytam. – To było takie trudne, kiedy człowiek przechodził obok nich, widział to zło. Teraz jest mi łatwiej. Jej historię można opisać przez imponujące daty. Nie tylko życia, ale i służby w klasztorze sióstr nazaretanek. Jest w nim już od 68 lat. – Czym jest powołanie? – próbuję sprowokować ją do wynurzeń. A ona odwraca pytanie: – A jak pani myśli? – To stan zakochania… – zaczynam. – No właśnie – przerywa mi. – Każdy wybiera taką czy inną drogę, bo miłuje. Jak się pokocha, to się za tym w życiu idzie – patrzy mi głęboko w oczy.

Radość zamiast rzeczy

– Odkąd jestem w tym domu zakonnym, s. Imelda wcale się nie zmienia – mówi s. Zofia. – Nie chodzi, ale biega, jest nadzwyczajna! Drobna, zawsze w butach na wyższym obcasie, z piękną, otuloną welonem twarzą, pod habitem skrywa duszę prawdziwej arystokratki. Siostry opowiadają, że nie lubi o tym wspominać, ale jej rodzice przed wojną mieli w domu służącą. Dziś nie ma żadnych dóbr materialnych, a tyle radości serca. Jej cały majątek to widok z okna na katedrę pw. Wniebowzięcia NMP na kieleckim rynku, dawne gimnazjum Żeromskiego, które kiedyś należało do zakonu. Pieczołowicie przechowuje też 13 swoich tomów wierszy i zeszyty, w których nadal je pisze. Już sam ich zapis to poezja. Bez okularów notuje zgrabnym, kaligraficznym pismem, dobierając różnokolorowe długopisy. Zeszyt trzyma przy łóżku, ale zabiera go nawet do kaplicy, w której spędza najwięcej czasu. – Dobrze mieć go pod ręką, jak coś przyjdzie do głowy – usprawiedliwia się. – Bo myśli przychodzą same. Siostry przy okazji różnych świąt proszą ją, aby podczas obiadu czy kolacji mówiła im swoje wiersze. To jedyna forma ich promocji. Nigdy nie zabiegała o popularyzację swoich tekstów. Dopiero w tym roku, na 92. urodziny Janusz Siwek, kiedyś zuch w drużynie jej brata, zorganizował jej spotkanie autorskie. Przez lata, prócz zakonnic, znały je podopieczne ze szkół i internatów, w których pracowała. No i wierni czytelnicy, znajdujący je w pismach katolickich. Na serio zaczęła pisać dopiero w klasztorze, do którego wstąpiła 15 sierpnia 1944 roku. – Ale co ważnego taki szary człowiek jak ja może powiedzieć? – chce odsunąć na dalszy plan swoją osobę. Bo na pierwszym jest zawsze Chrystus. To do Niego jako nastolatka skierowała pierwszy wiersz „Te Unum Amare... „co znaczy: „Ciebie jedynego miłować”. „Ty wiesz, że w wierszach nie szukam swej chwały czy pochwały, tylko uwielbienia Boga i Niepokalanej” – już wtedy wiedziała, co jest dla niej najważniejsze. Delikatna i krucha przez lata mocnym głosem mówi w nich, że wszystkie drogi prowadzą do Boga. A do spotkanych ludzi zwraca się pieszczotliwie, jakby pragnęła ich przytulić ciepłymi słowami. Do mamy Walentyny zawsze mówiła: mateńko. – To była chodząca łagodność, nigdy nie podniosła głosu na naszą trójkę – opowiada. – Wystarczyło, że spojrzała, a już wiedzieliśmy, czego od nas chce, nikt nie robił jej przykrości. Żyła 92 lata, tyle, ile ja mam teraz. Tata – Bronisław Grodecki – inspektor kontroli skarbowej zmarł na długo wcześniej przed mamą, jako 65-latek. Był szanowanym obywatelem Kielc.

« 1 2 »
oceń artykuł
  • Eterno Vagabundo
    03.05.2012 23:52
    Gdy tutaj na Ziemi
    Szukasz czci dla siebie,
    To tym mniejsze dobro
    Skarbisz sobie w Niebie.

    A kto nieprzyjaciół
    Swoich nie miłuje,
    Temu zły duch w życie
    Całkiem się wpisuje.

    Czyli, temu życia
    Szatan nie upodli,
    Kto za nieprzyjaciół
    Swoich się pomodli.

    doceń 0