Barbara Gruszka-Zych
Studiuję ramówkę różnych stacji telewizyjnych szukając czegoś do obejrzenia. A tu „Na Wspólnej”- „M jak miłość” czyli w sumie „Świat według Kiepskich”. Lepiej wyrzucić i tak już stary telewizor i poczuć się zwolnionym z nawykowych dyżurów przy nim.
Po codziennym czuwaniu przed telewizyjnym okienkiem, w którym – marzymy, że objawi nam się wielka sztuka, mądra refleksja czy wciągający, dobrze zrobiony film - idziemy spać, zniechęceni i napoczęci przez powoli trawiącą nas chorobę bylejakości. Bo większość z tego, co nam podają, jest właśnie taka - miałka, nie odkrywcza, a poza tym źle zrealizowana. A przecież: „Czym się karmisz, tym jesteś”. A więc z własnej woli zamieniamy się we wsączaną z małego ekranu papkę. Jak to obrazowo pisał Marshall MacLuhan - ta papka zostaje w nas wmasowana z pominięciem mózgu.
Zastanawiający jest fakt, że te wszystkie Polsaty i TVN-y utkane są z powtarzających się filmów i programów. Blok wieczorny można przypomnieć sobie rano i odwrotnie. I może byłby to jakiś pomysł dla pracujących na zmiany, ale do przyjęcia jedynie wtedy, gdyby w repertuarze telewizyjnym można było znaleźć coś do oglądania. A my dostajemy w ofercie tysiączne odcinki seriali wlokące się przez ekran jak flegma. Ich wielbicieli, którzy bohaterów tasiemcowych produkcji traktują jako sąsiadów zastępczych, wypada zapytać, czy nie znudziło im się podglądanie banalnych, nie mówiących pięknie, ba, nawet poprawnie po polsku, rzadko przyznających się do swoich ideałów, broń Boże – wartości, postaci. W realnym życiu czasem zdarza nam się zejść na te tematy, ale na ekranie nikt się tego nie doczeka. Nie, żebym do razu chciała oglądać „Doktorów Judymów” i „Profesorów Wilczurów” z wielkim przesłaniem, ale „Coś” bym w końcu chciała zobaczyć. I wcale mi nie wystarcza pocieszenie czy usprawiedliwienie wynikające z faktu, że jeśli bohaterowie współczesnych filmów żyją tak miałkim życiem i to tak długo – bo przez lata emisji – to ja też mogę nim żyć.
Po długim poszukiwaniu znalazłam coś do zobaczenia – „Szepty i krzyki” Bergmana. Oczywiście, emitowane tuż po 24-tej, bo żadna inna pora nie nadaje się lepiej na oglądanie dramatu o proweniencji onirycznej (podobno pomysł filmu przyśnił się reżyserowi). Nie żartuję, ale zastanawiam się nad motywacjami układających ramówki. Jedno jest pewne – nie da się ich zrozumieć. Już dawno powinno to być dla mnie jasne, ale nie jest. Dlatego piszę ten komentarz. Szeptem, bez żadnego krzyku. Może ktoś go usłyszy i pomoże mi wyrzucić telewizor. Razem będzie nam łatwiej.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Przeczytaj komentarze | 6 | Dodaj swój komentarz »
Najwyżej oceniane:
Odwagi, to nie jest wcale bolesne.
Powiem więcej, to sprawia ulgę.
Decyzję podjęłam przed rokiem, po dojściu do wniosku, że nie zniosę dłuzej dziennikarskich narracji wcierających mi w mózg, co o czym mam myśleć.
Uwolnilam się zarazem od włączonego na okrągło pożeracza prądu, od powrotu z pracy do późnej nocy - w niczym nieuzasadnionym oczekiwaniu, że a nuż coś ważnego albo mądrego tam dadzą.
Było to czekanie na Godota, bo nigdy nie dawali.
Najtrudniej przyszlo mi rozstanie z samym operatorem, który , po zaplaceniu mu wszystkich zastrzezonych umową kwot z tytulu przysługującego mu okresu wypowiedzenia ( po trzech miesiącach od rozwiązania umowy ) zażądał ode mnie - strasząc mnie windykatorem (!) - kwoty 15 (!) ZLP.
Co potraktowałam jako probę wyłudzenia ode mnie kwoty, o którą nie warto się spierać.
Po zażądaniu historii wplat i uzasadnienia wycofał się ze swoich roszczeń.
Kroku swojego nie załuję, warto było.
Informacji szukam gdzie chcę, więcej wiem i nie denerwuję się przy tym jak wtedy, gdy byłam skazana na to, co mi zapodadzą dziennikarskie tuzy z maistreamowych telewizorni.
Przy okazji eksploracji internetu mam lepszy dostęp do kultury i więcej czasu na poszukiwanie i cieszenie się tym, co naprawdę piękne.
Zachęcam, wyrzucenie telewizora to czysty zysk.
wszystkie komentarze >